Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 września 2012

Niedorzeczne problemy wymagają niedorzecznej ekipy


Fantastyka wszelkiego rodzaju jest przepełniona organizacjami lub mniej formalnymi drużynami, które nie tylko wiedzą więcej - czyli, że w naszych realiach bytują byty, które bytować nie powinny i coś tam mącą - ale i badają/tępią/kontrolują/ukrywają/odkrywają przedmiot wiedzy owej. A mówiąc po ludzkiemu - chodzi o paranormalnych detektywów, szemrane organizacje facetów w czerni i łowców wampirodemonoobcych wszelakich. Od Archiwum X do Fringe, od Angel do Torchwood - popkultura się od nich roi. W przypadku dzisiejszej prezentacji interesuje nas opcja środkowa - czyli rządowe centra do spraw paranormalnych. Wiadomo, politycy zaprzeczają, ale każda władza dobrze wie, że ma na podwórku istoty z zaświatów, spiskujących kosmitów, dziady borowe i strzygi leśne. A jak ma, to musi sobie z nimi radzić - najlepiej powołując do życia komórkę nieodpowiedzialnych, półamatorskich wykolejeńców, która nigdy nie powinna dostać takiej roboty (a i często w ogóle należałoby ich od społeczeństwa odseparować). Tak, środowisko pracy agenta do spraw wysoce nadnaturalnych sprzyja szaleństwu. Jak to wygląda na co dzień i od święta pokaże nam humorystyczny komiksi Shaenon K. Garrity i Jeffa C. Wellsa - Skin Horse.

sobota, 1 września 2012

Apokaliptyczny smartfonizm i kilo wątpliwości


Mam wrażenie, że ambitniejsze science fiction w telewizji nie ma się ostatnio za dobrze. Dominuje albo lekka i przyjemna konwencja, granicząca raczej z fantasy, o czym świadczy dobra passa Doktora i wysunięcie się Warehouse 13 na pozycję sztandarowej produkcji SyFy; albo prezentacja dramatyczna bliższa innym gatunkom, doprawiona tylko elementami s-f. Upraszczam może, ale coś w tym jest. Jeśli ktoś chce zaś raz na jakiś czas pogrzebać w czymś, co stawia klasyczne pytania na temat futurystycznych zagadnień i kondycji człowieczej, bądź po prostu czegoś poważniejszego/cięższego gatunkowo, musi szukać. Ostatnio honoru może nie-aż-tak-hard, ale na pewno głębszej s-f broniło parę produkcji. Rewelacyjne Black Mirrors pomysłu mojego guru telewizyjnego, Charliego Brookera (f*ck yeah for series 2!). Czy chwalone bardzo bardzo Awake i Continuum (nie oglądałem, więc na wspomnieniu skończę). W Internecie, gdzie wcale nie jest specjalnie lepiej i w pamięci jako "coś więcej" w fantastyce naukowej utkwił mi jedynie Aidan 5, też czasem wypływa serial, który obiecuje ciekawsze podejście w temacie futuryzmu. Na taki zapowiadał się, samoświadomością marketingową się wykazując, H+, mocno podpięty pod nośne nazwisko producenta - Bryana Singera, który po udanej mutanciej pierwszej klasie otrzymał zresztą nowy kredyt zaufania. Nie skupiajmy się jednak na tym - wyprodukował on "aż" pięć odcinków, z dużą grupą kolegów - lecz zadajmy sobie pytanie: czy sugerowany kierunek prawdą jest czy mrzonka li to?

poniedziałek, 2 lipca 2012

Dziwaczne konsekwencje braku snu


Niedobór snu to masakra. Powie to każdy, kto śpi mało - np. ja. Wiadomo, jak się dzieli czas między pracą, tzw. prozą życia a udzielaniem się w wielu różnych miejscach, trzeba sobie odcinać brakujący czas z godzin snu właśnie. U mnie efektem jest to, że gdy tylko w tygodniu dotknę jakiejś powierzchni mniej-więcej nadającej się do leżenia, w pięć sekund uciekam prosto do krainy Morfeusza... dobra, ale to nie jest próba autobiografii. Chodzi o to, że z niedoborem snu ludzie radzą sobie różnie. Jednym ze znanych sposobów jest power nap, czyli po naszemu króciutka (do 20 minut) drzemka rewitalizacyjna. Tak się składa, że Power Nap to także tytuł bardzo fajnego, choć dopiero rozwijającego skrzydła komiksu sieciowego, którego akcja kręci się wokół snu i zwłaszcza jego braku. Główny bohater ma pod tym względem strasznie przerąbane - jest bowiem jedną z ostatnich osób, które... w ogóle muszą spać.

czwartek, 31 maja 2012

Ilustrując obcy Wszechświat - wywiad z twórcami komiksu Carpe Chaos


Hej! Wiem, że wracam po krótkiej (no dobra, raczej dłuższej) przerwie i z góry przepraszam każdego, kto mógł tęsknić za moimi wypocinami. W tym czasie zanurzyłem się w oceanie dziwność, w którym sobie pływam z coraz lepszym skutkiem… ale stop, chrzanić moje wynurzenia. Mam za to pytanie do was. Pamiętacie komiks Carpe Chaos, który omawiałem jakiś czas temu? Jeżeli tak, to świetnie się składa (a jeśli nie – trzeba sobie przypomnieć, bo bez tego dalej czytając możecie za wiele nie zrozumieć) – dziś bowiem dokładka w postaci krótkiego, ale ciekawego wywiadziku z ludźmi wchodzącymi w skład ekipy za nim stojącej.

środa, 30 maja 2012

Visualizing alien universe - interview with creators of Carpe Chaos


There are lots of science fiction webcomics. Some are hard s-f, some are space operas and some are just different. Many achieved high popularity and wide recognition. I assure You that Carpe Chaos is top tier example of that genre in Internet-published sequential art. But it does one thing differently – and everything else in it is affected by that one simple change in the game. In Carpe Chaos universe there are no humans. None at all. Not too many s-f comics does that (not counting the anthropomorphic animal ones – cough, furries, cough, cough – and humorous or strictly bizarre creations). The fact that the universe lacks homo sapiens make the plots, the world and its inhabitants very unique. No (human-shaped) point of reference forces You to utilize imagination even more – and the team behind Carpe Chaos is very good at it.

poniedziałek, 19 marca 2012

Dylematy życia codziennego we Wszechświecie bez ludzi


Lubię nową space operę. Taką trochę mroczniejszą, poważniejszą, z żywymi postaciami i poruszającą tematy na pograniczu tego, czego spodziewamy się bardziej po tzw. hard s-f. Owszem, czarno-biały, rycerski świat Gwiezdnych Wojen zawsze kochać będę, a Star Trek dawno zajmował się podobnymi rzeczami (ale ze sporą ilością kosmicznej absurdalności i zwykłej galaktycznej przygodówko-nawalanki z udziałem obcych o dziwnych czołach), ale te nowsze próby bardziej zaspakajają moje potrzeby jako konsumenta popkultury. Na szczęście moje poletko, czyli twórczość sieciowa, oferuje sporo dobrych rzeczy zarówno dla fanów starszej, lekkiej i przyjemnej space opery, jak i tej nowej. Zwłaszcza w odsłonach komiksowych. Jedną z tych  ambitniejszych i przede wszystkim oryginalniejszych pozycji w konwencji jest Carpe Chaos. I wcale nie dlatego, że we Wszechświecie tego sieciowego komiksu w ogóle nie znajdziemy... ludzi.

środa, 15 lutego 2012

Odrobina dziwności, odrobina klimatu


Dzisiaj coś, co na Net is Nerdy pojawia się rzadko - antologia horrorowa ;). Abstrahując od autozłośliwego humoru i przechodząc do obowiązkowego wstępiku, krótka forma ma zawsze to do siebie, że w niej jak nigdzie indziej liczy się pomysł. Zwłaszcza w grozie - bo ta niejako poddana jest gatunkowemu uwarunkowaniu, które nakazuje szokować czytelnika. Owszem, w opowieściach z dreszczykiem cenimy też klimat i duszną, wywołującą ciarki atmosferę. Ale przy formie skróconej, a przez to wymagającej skupienia treści, łatwiej zadbać o przerażenie czytelnika wykręconym, chorym i przerażającym twistem, tudzież mocnym obrazkiem. Fajnie jednak, że niektórzy twórcy starają się dodać do tego odrobinę klimatu, kreując oszczędnymi środkami atmosferę tajemniczości. To z pewnością jest zaleta omawianego poniżej False Positive - choć historyjki prezentowane w komiksie są króciutkie (oprócz jednej), liczą nie więcej niż 12 plansz, prostymi acz efektywnymi środkami w każdej z nich zaserwowano porządny (acz nadal zwięzły) build up do serwowanych pod koniec dziwacznych pomysłów.

niedziela, 22 stycznia 2012

Dziewczyna i jej kot... który jest jaszczurką


Jak pewnie wielokrotnie wspominałem, Internet daje wiele możliwości ludziom, którzy chcą spełnić swoje twórcze marzenia, a w "standardowym" obiegu mieliby z tym trudności. Oczywiście, większość z nich napotkałaby te problemy, bo ich arcydziełka zwyczajnie się do niczego nie nadają. Spójrzmy na webcomic - w Sieci znajdziemy tony szpetnych, beznadziejnych i po prostu nieudolnych komiksów, które na szczęście w wielu przypadkach są czytane tylko przez twórcę oraz jego krewnych i znajomych, a często i porzucane w zalążku, gdy  tylko (i zwykle szybko) autor się zniechęci. Ale w tym zalewie niedopieszczonych amatorów zawsze znajdzie się ktoś, kto w swoje wyjście z cienia wkłada całe serce i niezliczone godziny pracy. Co może zaowocować przypadkami pięknych, przemyślanych i pełnowartościowych komiksów, które w Sieci (jeśli przyjmiemy dyskryminacyjne, ale często nadal zasadne przekonanie o wyższości papieru nad WWW) wydają się wręcz nie na miejscu.

niedziela, 8 stycznia 2012

Cloning Blues


Aidan 5. Ten serial powinien się pojawić tutaj dawno, nie przeczę, inne rzeczy zawsze wskakiwały na jego miejsce i pewnie jestem ostatnią osobą w temacie, która o tym pisze. Tak czy siak, uwaga mu się należy, bo to swego rodzaju fenomen. Nie chodzi nawet o nominacje i zdobyte nagrody, których parę jest - powstał zresztą na podstawie uhonorowanego kilkoma shorta zrobionego w Projekcie 48 Godzin (dwa dni na nakręcenie filmu). Raczej fakt, że od premiery pierwszej połowy sezonu w 2009 roku pojawia się non stop w listach najlepszych rzeczy w Sieci ever, dostaje niemal jednogłośnie pozytywne recenzje i rzuca się w jego omawianiu hasłami od "szokująco dobre" do "innowacyjne" czy "popychające medium do przodu". Zwłaszcza teraz, po zakończonym w 2011 sezonie 1.5, chwaleniu tej produkcji nie ma końca. Co samo w sobie jest sukcesem - zwłaszcza, że brak tu dużych nazwisk i przesadnie doświadczonych twórców, a ekipa była złożona w całości z ochotników. A oryginalna forma osiągnięta przy budżecie nie wystarczającym pewnie na ćwierć odcinka telewizyjnego czyni Aidan 5 świetną rzeczą do pokazywania ludziom, że tworzenie fantastyki na potrzeby Internetu bez ogromnych nakładów finansowych nie jest daremnym trudem. Jeśli dodamy atrakcyjną konwencję, którą można w uproszczeniu określić jako miks mniej szajbniętego Dicka (a może bardziej ekranizacji z Blade Runnerem na czele) z Sin City, to co do wyjątkowości projektu wątpliwości brak. A najlepsze, że zawodu efektem finalnym raczej nie będzie.

sobota, 17 grudnia 2011

Szarzy ludzie księżycowego miasteczka


Zastanawiam się jak to możliwe, że w świetle mojego wychowania się na różnorakim science fiction (pierwsza fascynacja literacka), jest go tak mało na tym blogu. Fakt, nie czytam go aż tyle, co kiedyś, ale nadal regularnie oglądam interesujące produkcje filmowe w gatunku, chociażby. Ktoś mógłby wywnioskować, że w Sieci jest mało wartych uwagi wytworów w tych klimatach, a byłby to błąd. Dziś więc, tak żeby polepszyć statystyki, będzie s-f. Bardzo klasyczne i zajmujące się bliskim Ziemi tematem. Księżycem. Nasz satelita wydaje się obecnie dowodem na klęskę naszych snów o kosmosie, bo przecież lądowaliśmy tam tyle dekad temu - dawno powinien być skolonizowany, zawłaszczony, stanowić zaczątek dalszych gwiezdnych podbojów ludzkości. Tymczasem wisi sobie nad nami pusty i nieśmiałe burknięcia o powrocie na Księżyc wydają się bardziej pobożnymi życzeniami, niż planem. A jest po co wracać - zasoby naturalne to ważna kwestia. Tematem numer jeden nadal wydaje się hel-3, ale różne badania, przeprowadzane tak uroczo delikatnymi metodami, jak walenie w kratery sondą, podpowiadają, że może nas tam czekać srebro, platyna, żelazo i inne fajne rzeczy z meteorytów, tytan, woda. Nie mówiąc, o potencjale pozyskiwania energii słonecznej bez upierdliwych ograniczeń atmosfery. Księżycowe wydobywanie materiałów niewątpliwie jest fajnym punktem wyjścia dla twórców s-f. Ostatnio użył go świetnie przewspaniały Moon Jonesa, a w świecie komiksu sieciowego mamy na przykład Steve'a Ogdena i jego Moon Town.

poniedziałek, 31 października 2011

Halloween Countdown: UFO, dziwne dzieciaki i meta marketing


W tym stwierdzeniu nie będzie nic odkrywczego - jeśli dorastało się w latach dziewięćdziesiątych, z dużą pewnością jedną z pierwszych "strasznych" rzeczy, które się pamięta, to Z Archiwum X. Scully i Mulder, odkąd zaczęła pokazywać ich publiczna telewizja, wrośli w świat naszej popkultury, a serial stał się wzorcem opowieści o zjawiskach paranormalnych, do którego odwołujemy się po dziś dzień. Niby gnojki podstawówkowe nie były specjalnie targetem tej produkcji, ale dobrze wiadomo - każdy dzieciak wiedział kto to Fox Mulder, kto to Dana Scully, i że "truth is out there". A co fajniejsze i straszniejsze odcinki były komentowane żywo na szkolnych podwórkach, a nawet, przynajmniej w moich rewirach, zastępowały "ogniskowe" historie z dreszczykiem na szkolnych wycieczkach. Zaś trzon serialu, konspiracja na światową skalę związana z wizytami "szaraków" na Ziemi, niewątpliwie doprowadził do popularyzacji zainteresowania UFO i ufologią. Po latach muszę jednak stwierdzić, że temat kompletnie stracił swój czar po latach. Może to świadomość, że latające talerze to tak naprawdę specyficzna, współczesna mitologia z Ameryki, trafiająca głównie do paranoików i innych dziwadeł. W której fundamentach kryje się zresztą absurdalne i alogiczne przekonanie, że cywilizacja typu drugiego lub trzeciego odwiedzająca nas będzie żywiła niesłabnące i dość chorobliwe zainteresowanie porywaniem rednecków z zapadłych wsi i ich krów. Ale kiedyś było inaczej...