Pokazywanie postów oznaczonych etykietą superbohaterowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą superbohaterowie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2012

Kryzys dotyka wszystkich


Sandeep Parikh, znany przede wszystkim z The Guild, to niewątpliwie sympatyczny gość. Tego Amerykanina hinduskiego pochodzenia nie da się nie lubić, a komediant też jest z niego całkiem spoko. Sęk w tym, że produkcje z jego (zawsze ogromnym) udziałem nie bardzo mi się chciało oglądać... przynajmniej na dłuższą metę. Gildia broni się, to fakt, przystępnym humorem i charakterystycznymi postaciami, ale po 3 sezonie nie chciało mi się nawet włączyć czwartego. Zaś Legend of Neil, autorski projekt Sandeepa? Cóż, to rozbudowana (i świńska co niemiara) parodia Legend of Zelda, a ja w tą grę nigdy nie pocinałem i pocinać nie zamierzałem. Czasy 8-bit i 16-bit mają taki zasób Castlevanii, Metroidów, Final Fantasy i innych cudeniek, że zwyczajnie mało obchodzą mnie perypetie spiczastouchego bubka w czapeczce oraz z mieczykiem, zbierającego sobie serduszka i takie tam. A późniejsze... nie, nie umiem się przemóc. Sorry, fani Nintendo. I choć ciężko nie docenić paru błyskotliwych pomysłów i entuzjazmu, a każdemu serialowi rozpoczynającemu się od tronowego wsiąknięcia w konsolę wykonanego za pomocą masturbacji pod pikselową wróżkę połączonej z podduszaniem się padem od NESa należy się tzw. szacun, to dłuższe obcowanie u mnie skończyło się wyłączeniem. Dlatego cieszę się, że nowy projekt Sandeepa tematycznie bardziej trafia do mojej osoby. Bo choć ze sztandarowych bohaterów DC, których wykrzywione przedstawienia są główną atrakcją Save the Supers, lubię jedynie Batmana (chyba, że Lobo jest sztandarowy), to przynajmniej rozeznaję się jako tako w ich realiach.

wtorek, 28 lutego 2012

Za sprawiedliwość, lateks i... Quebec?


Nasze popkulturowe postrzeganie Kanady jest zatrute przez to amerykańskie, któremu wcale nie daleko do wizji krainy niezrozumiały, jajogłowych dziwadeł prezentowanej w South Parku. O tamtejszej kulturze masowej przeciętny zjadacz chleba w naszym rejonie mało wie - owszem, twórców różnorakich z Kanady zna, ale głównie tych zaanektowanych przez media międzynarodowe; natomiast co poza tym, na co dzień, leci w krainie na północy w TV czy radiu... cóż, to raczej enigma. Oczywiście, tu też znajdzie się jakaś tam świadomość, np. w kwestii serialowej istnienia ogromnej liczby fanów młodzieżowej mydlanki Degrassi (znanej także z gościnnego udziału Kevina Smitha i produkowania dziwnych/wykręconych odcinków haloweenowych) czy niedawnego sukcesu serialu fantasy Lost Girl. Ale wydaję mi się, że i tak pomijamy trochę ten kraj - a przecież tyle mu zawdzięczamy chociażby na naszym poletku, choć wszystko doszło do nas po zamerykanizowaniu twórców i aktorów. Dobrze, pewnie trochę przesadzam, jak zwykle, ale wyobrażacie sobie dajmy na to kanadyjskich superherosów? To jest koncept kwalifikujący się do South Parku, a na netowym podwórku wyśmiany choćby przez opisywany tu dawno temu komiks Spinerette. Z tym, że grupa zapaleńców podjęła się realizacji takiej idei. W formie multimedialnego projektu i przynajmniej częściowo na poważnie. Jak wyszło? Chyba nie tak, jak powinno (w negatywnym sensie), ale przy okazji powstał dość oszałamiający swoją specyficznością superheroiczny kiczfest.

niedziela, 20 listopada 2011

Superherosi trochę inaczej


Komiks superbohaterski, głównie dzięki tym dwóm panom, od przełomu lat 80-tych i 90-tych jest gatunkiem, w którym obok podstawowej radosnej sieczki w wykonaniu faciów z superfajnymi zdolnościami i z obowiązkowo fabułą zagmatwaną do granic zrozumiałości, znalazło się miejsce na eksperymenty, posmodernizm, dekonstrukcję i ogólnie wrzucenie w świat trykociarzy poważnych zagadnień, złożonego tła psychologicznego i ważkich dylematów. W międzyczasie trend przesadnie mrocznego i dramatycznego emo-antybohaterstwa, sprokurowany przy okazji, zdążył obrzydzić wszystkim całą tą Mroczną Erę Komiksu (racząc takimi logicznymi ekstremami, jak Spidey powodujący raka u Mary Jane swoimi, ekhem, radioaktywnymi wydzielinami - polecam artykuł), ciągle targające uniwersami znanych marek kryzysy, restarty, mega crossovers i inne zabiegi marketingowe odbiły się czkawką i nadal trują branżę (hello DC!), fakt, ale dzięki tym zmianom do dziś z dużą częstotliwością dostajemy zarąbiste pozycje z superbohaterami jako punktem wyjścia dla niesamowitych scenariuszy i poszukiwań artystycznych (zwłaszcza w formacie graphic novels) i mamy instytucje takie jak Vertigo Comics, które wypluwają cudeńka oraz kultowe tytuły na prawo i lewo. Czemu znów babram się w przypominanie historii komiksu amerykańskiego? Bo w dzisiejszym wpisie chcę przedstawić dwie serie twórcy działającego w Internecie, które dość mocno kojarzą mi się z Mroczną Erą Komiksu i konwencjami, które zawładnęły superherosów światem w latach 90-tych. W pozytywnym sensie, naturalnie.

wtorek, 28 czerwca 2011

Bycie superzłoczyńcą jako styl życia


Komiks superbohaterski jest medium specyficznym ze wszech miar. Czasem infantylny, trochę już śmieszny w swych założeniach, niekiedy ocierający się o kicz i groteskę. Zwłaszcza w tzw. Złotym i Srebrnym Wieku, do którego zwykle wędrują pierwsze skojarzenia. Okres radosnej twórczości, namnażania się stereotypów i niemożliwego do ogarnięcia rozrostu komiksowych uniwersów sprawił, że w 1986, gdy sprzedaż zeszytów sięgała powoli dna, do głosu dopuszczono dekonstrukcjonistów. Frank Miller z Powrotem Mrocznego Rycerza i Alan Moore z Watchmen zmienili na zawsze amerykański komiks, jednocześnie otwierając go  postacie podobne sobie, choćby Neila Gaimana. Nastała era, w której panowie w trykotach przeżywali rozterki, popełniali błędy, bywali brutalni i wykazywali się moralną niejednoznacznością. Era antybohaterów, gdy najpopularniejsi byli  Wolverine, Batman, Punisher, Lobo (ciekawy przypadek, parodia, która stała się częścią parodiowanego nurtu), Spawn, Sędzia Dredd czy Hellboy. Niemniej co za dużo, to i świnia nie może. Mroczny Wiek w historii komiksu szybko stał się autoparodią w oprawie przekleństw, gołych bab i fontann krwi. 

Niezdara z sześcioma rękami jest sześć razy bardziej niezdarna


Spider-man jest jednym z popularniejszych superbohaterów. Podobno między innymi dlatego, że jest bardzo ludzki i boryka się z ludzkimi problemami, związanymi z ciężarem posiadania swoich mocy. Pewnie także z powodu, że spełnia schemat "od nerda do bohatera", który musi działać na wyobraźnie wyalienowanych maniaków komiksu. Ale ja nie o tym. Ważne, że, gdy się lepiej człowiek przyjrzy, Spider-manowi poszło  po prostu za łatwo. W mig opanowuje swoje zdolności na tyle, by poważnie kopać tyłki; z palcem w nosie konstruuje eleganckie maszynki do strzelania wymyśloną przez siebie substancją imitującą sieć; a jego pajęcza mutacja niespecjalnie go oszpeca i jest stuprocentowo użyteczna. Owszem, przeżywa parę mniejszych lub większych dramatów, ale niewielki dystans dzieli je od podrywania popularnych blondynek/rudych. Nie jest mu zwykle za źle, jednym słowem.