Weekend zawitał, więc relaks muzyczny uzasadniony. Tym razem o zjawisku, nerdowsko-muzycznym za którym generalnie nie przepadam. Mowa o nerdcore, czyli krótko mówiąc hip-hopie dla nerdów, o nerdach i robionym przez nerdów. Chociaż nie jestem przeciwny dziwnym mutacjom rapowych klimatów (horrorcore na przykład to zdecydowanie moja bajka), to wersja for geeks only nigdy mnie do siebie nie przekonała. Odkąd znajomy podrzucił mi jakieś wczesne dokumenty o nerdcore, mówiąc, że ciekawe i śmieszne, nie łyknąłem. Stwierdziłem, że takie rzeczy jak dwóch raperów przebranych za hobbity (choć Flight of Conchords takie głupoty na przykład robić wolno), czy kolesie o pseudonimie Optimus Rhyme trochę mijają się z moim pojmowaniem dobrej zabawy (nie mówiąc o obronnej reakcji związanej z poczuciem obciachu). I nie było to nawet wynikiem długiego syndromu wyparcia znerdzenia własnego - do dziś podtrzymuję tą opinię. I nie mówię, że chudzi białasi nie powinni brać się za rap (heja Eminem), czy, że w gatunku nie ma miejsca na rymowanie o fantastyce, grach i takich tam (robi to przecież kupa "poważnych" i uznanych raperów). Ale nerdcore zawsze wydawał mi się zabawą dla zabawy samej, nie muzyką. I to zabawą trochę nieprzystępną dla otoczenia. Poza tym - amatorszczyzna oraz monotonia muzyczna i brak prawdziwego talentu do rymowania... zdecydowanie w kategoriach poza ciekawostką nie potrafiłem postrzegać.
Ale, jak to bywa, wyjątków od reguły, które każą zastanowić się nad ociepleniem ambiwalentnych odczuć względem rapowania kręgów znerdziałych, mnoży się coraz więcej.
