Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 listopada 2011

Subtelne niedopowiedzenia i nutka smutnej magii


Poprzedni omawiany tu komiks nazwałem wyjątkowym, bo po prostu był bardzo dobry. Dziś pora na coś, co nazwę wyjątkowym... bo zwyczajnie takie jest. Rzecz, którą zamierzam dziś pokrótce przedstawić, chyba nie ma w świecie sieciowego komiksu sobowtóra, odpowiednika czy nawet czegoś w zbliżonym nastroju. W dodatku jej treść jest, to słowo powtórzy się jeszcze nieraz, wyjątkowa, bo w nietypowy sposób ukazuje ludzkie życia, przeszłość, przyszłość i teraźniejszość zwyczajną, a jednak dziwną, niesamowitą... i  zwykle w sumie smutną. Wreszcie komiks ten jest, he, wyjątkowy w kontekście tego bloga. Żadnych wojen fantastycznych kreatur, wędrówek przez obce światy, obrzucania się kulami ognistymi czy naparzania z laserów. Ba, nerdyzmu, że tak powiem, też tyle, co kto napłakał (chyba, że sama forma komiksowa świadczy o tym, że coś jest dla nerdów... a takie stwierdzenie to grube, krzywdzące nadużycie). Co jest? Coś, co ciężko jednoznacznie określić, ale niezwykle łatwo dać się temu... porwać? Złe słowo, mocne. Raczej zatopić się w tym. Albo przynajmniej wprawić się (będzie frazes) w refleksyjny nastrój.

wtorek, 1 listopada 2011

Halloween Countdown: runda bonusowa (po polsku)


Dzień dyni i krążących wszędzie strachów już za nami, ale jeszcze pozwolę sobie wrócić do tematu. Z quasirecenzją czegoś dość oczywistego, która być może nie jest specjalnie potrzebna. Wszak ebookowa antologia Halloween Po Polsku, powstała z inicjatywy felietonistki Kingi Ochendowskiej i grupy pisarzy, doczekała się już wielu komentarzy, a patrząc na ilość ściągnięć (ponad trzy tysiące w kraju, w którym podobno mało się czyta to bardzo dużo jak na taką akcję) i ogólne zainteresowanie, to promocji im też specjalnie nie trzeba (zwłaszcza, że sami sobie sprawną zrobili). Skrobnę jednak parę słówek, choćby dla przyjemności własnej, bo szczerze mówiąc kręcą mnie takie inicjatywy i strasznie mi się podoba, że wypalają. A Halloween Po Polsku wypada naprawdę dobrze i zostawia apetyt na więcej.

piątek, 28 października 2011

Halloween Countdown: drzwi są otwarte


Jak każdy chłopek wrzucający hurtowo swoją taką czy inną twórczość w odmęty 2.0 , mam czasem TE momenty. Można to wyrażać szumnymi nazwami, ale po co - chodzi o prozaiczne widmo bezsensu, przekonanie, że wpuszcza się w nicość niepotrzebne rzeczy, nad którymi marnuje się zdecydowanie za dużo czasu. No i takie tam depresje & marudzenie o beztalenciu własnym. Wtedy, rzecz wiadoma, szuka się pozytywnych przykładów na mniej czy bardziej spektakularne "znetawyjście". W dziedzinie nas obecnie interesującej też takich trochę się znajdzie. Nawet szybko, bo i u nas, w Polsce znaczy się, co najmniej kilku fajnych i docenianych twórców horrorowych wyszło z internetowych portali pisarskich i tym podobnych. No ale wiadomo, potrzebne są efekciarskie przykłady z Zachodu, nie? No i są. Może nie od razu ad astra, ale pozytywne. Na przykład David Wong, jeden z edytorów mojego uzależnienia, który udostępnił swoją powieść John Dies at the End na pożarcie w Sieci, by zaraz dzięki temu wydać ją jak Bóg przykazał, a teraz będzie miał film zrobiony przez Dona Coscarelliego! Fajno. Ale dziś nie o nim, na tapecie będzie niejaki Eric Heisserer. 

sobota, 27 sierpnia 2011

Z okazji 6.5


Dzisiejsza gorąca sobota upływała sporej ilości nerdów na nabożnym oczekiwaniu. Na co? Na powrót brutalnie przeciętego wpół sezonu Doktora. Na niecierpliwość (wyższą niż zazwyczaj chyba) wpływał i cały czas wpływa fakt, że w zależności od tego co wymyślił dalej Moffat, może być to best series ever albo spektakularny fail. Moffat podjął spore ryzyko, namnażając tajemnicze motywy i wprowadzając coraz nowsze i bardziej gmatwające obraz ciągnącej się od poprzedniej serii fabuły wątki - pytanie więc, czy wyjdzie z tego w satysfakcjonujący sposób? Moffatowi ufać należy, więc pozostaje czekać na konkluzję, natomiast wypadałoby wrzucić coś w temacie, tak z okazji. Trochę zastanawiałem się co. Znam co prawda co najmniej dwa komiksy sieciowe z Doktorem, ale jeden zawiera tak dużo fanowskiego onanizmu cały dorobkiem serialu, że mnie trochę przerósł, a drugi, mimo ciekawego pomysłu (Doktor jako kobieta w realiach japońskopodobnych), jest raczej ssący. Można by się też wgłębić w oficjalne sieciowe dobroci, w typie Shada czy  Scream of Shalka, ale nie chcę po łebkach, więc odpuściłem. Postanowiłem więc poprzestać na trzech ciekawostkach. Fani pewnie już i tak je obczaili, ale co tam, o czymś napisać trzeba.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Ukażę cię w imieniu... nicości?


Nie trzeba przytaczać ogólnie znanych faktów, ale jeśli Polak z mniej więcej mojego pokolenia ma cokolwiek wspólnego z anime/mangą, to na Czarodziejkę z Księżyca musiał się kiedyś natknąć. Tylko li z powodu, że był to pierwszy szał (obok Polonii 1, ale o tym się mniej wspomina, może dlatego, że były to nie wiedzieć czemu "bajki", a nie "anime") i zwiastun późniejszego wdarcia się japońskiej popkultury w serca nadwiślańskich nerdów (przepoczwarzając co po niektórych w bardziej efemeryczną formę otaku). Można zaprzeczać, zetknął się każdy, jeśli nawet nie bezpośrednio, to przez osmozę od koleżanek z podstawówki. Więc wiadomo o co biega: śliczniutkie mundurki, bąbelkowe supermoce o głupich nazwach; Tuxedo Mask w, well, smokingu i masce; pozy i przemiany, głupotki i dylematy dziewczątek przetykane sieką z monstrami. No, i memetyczny okrzyk przywołany w tytule niniejszego posta. Oczywiście, interesujący się japońską popkulturą wiedzą, że Sailor Moon to popularny przedstawiciel jednego z popularniejszych gatunków magical girls, w którym dzieciątka płci żeńskiej lub lolitki-licealistki bronią świata przed złem w uroczych kostiumikach... i tak dalej. Na skali różowości i słodkości zresztą daleko od najbardziej demonicznych wcieleń konwencji, nawet w znanej w Polsce ocenzurowanej wersji bez lesbijek i co brutalniejszych popisów (za to z dodatkową dawką infantylności w debilnym tłumaczeniu), przemocy i śmierci ukochanych postaci było tam co niemiara. Nie mówiąc o podbudzaniu libido co poniektórych wyrostków przez planetarne wojowniczki rozbierające się przy transformacji - zagadnienie poruszane zresztą w Robot Chicken. Niemniej, "słitaśność" naiwność i schematyzm pewnych gatunków aż kusi możliwością uszczypliwej dekonstrukcji i wrzucenia tego całego majdanu w otchłań mroku, cierpienia i wysokich stężeń emo.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Andżelika Nowak "Syn tej ziemi" - recenzja


Krajowe wydawnictwa coraz zacieklej szukają autorów, którzy poruszaliby się w modnych obecnie konwencjach młodzieżowego, rozwodnionego urban fantasy oraz znienawidzonego przez wielu paranormal romance. I choć, być może na szczęście, nie doczekaliśmy się jeszcze wielkiego sukcesu żadnego  "polskiego Zmierzchu", to takich książek pojawia się na naszym rynku coraz więcej. W tym miesiącu z tytułem w tych klimatach uderza Fabryka Słów, prezentując debiut kolejnej młodej autorki. Andżelika Nowak jest dwudziestoletnią studentką etnografii z Warszawy, a niektórzy mogą ją kojarzyć z blogosfery i fantastycznego fandomu, gdzie od jakiegoś czasu udziela się jako autorka opowiadań, fanfików do seriali w typie Buffy czy Czysta Krew oraz na krajowej scenie cosplay. Wpływy tej działalności wyraźnie widać zresztą w debiutanckim Synu tej ziemi, będącym zresztą powieściowym rozwinięciem popularnego opowiadanka z jej blogu. O ile tamten wtórny i płyciutki tekst nie zrobił na mnie wrażenia, to z Synem tej ziemi sprawa wygląda inaczej i uważam, że powieść jest warta zainteresowania. Głównie dlatego, że to dość odważna próba pchnięcia coraz bardziej niestrawnego gatunku paranormal romance w stronę starego, dobrego horroru. Czasem nawet horroru gore.

czwartek, 7 lipca 2011

Absurd i nonsens (i brytyjskość)


Geeki bardziej usadowione w środowisku okołogrowym mogą wiedzieć, o kim mówię. Ben "Yahtzee" Croshaw, Australijczyk z miejsca zamieszkania, Brytyjczyk z pochodzenia i powołania, jest recenzentem gier wszelakich, bardzo znanym zresztą. Obecnie rezyduje na stronie zasłużonego, choć różnie odbieranego magazynu online Escapist (o ich produkcjach wideo będzie trzeba jeszcze popisać, bo prezentują wiele oblicz sieciowego nerdyzmu). I recenzuje. A właściwie niszczy gry, nie ważne, jak popularne czy ukochane przez fanów. Zaprawdę, człowiek ten musi żyć na pustyni, bo taka dawka sarkazmu, tetrycyzmu i czystej złośliwości, połączonej z błyskotliwością i totalną brytyjskością (tak dla smaczku), musi zabijać wszystko co żywe w promieniu mil. Jego okraszone frapującą narracją własną i prostą do bólu grafiką recenzje są przez to i kontrowersyjne, i przerażająco śmieszne. Ja oglądam co tydzień i brecham się do utraty sił, ale właściwie nie o nich mam pisać...

wtorek, 28 czerwca 2011

Bycie superzłoczyńcą jako styl życia


Komiks superbohaterski jest medium specyficznym ze wszech miar. Czasem infantylny, trochę już śmieszny w swych założeniach, niekiedy ocierający się o kicz i groteskę. Zwłaszcza w tzw. Złotym i Srebrnym Wieku, do którego zwykle wędrują pierwsze skojarzenia. Okres radosnej twórczości, namnażania się stereotypów i niemożliwego do ogarnięcia rozrostu komiksowych uniwersów sprawił, że w 1986, gdy sprzedaż zeszytów sięgała powoli dna, do głosu dopuszczono dekonstrukcjonistów. Frank Miller z Powrotem Mrocznego Rycerza i Alan Moore z Watchmen zmienili na zawsze amerykański komiks, jednocześnie otwierając go  postacie podobne sobie, choćby Neila Gaimana. Nastała era, w której panowie w trykotach przeżywali rozterki, popełniali błędy, bywali brutalni i wykazywali się moralną niejednoznacznością. Era antybohaterów, gdy najpopularniejsi byli  Wolverine, Batman, Punisher, Lobo (ciekawy przypadek, parodia, która stała się częścią parodiowanego nurtu), Spawn, Sędzia Dredd czy Hellboy. Niemniej co za dużo, to i świnia nie może. Mroczny Wiek w historii komiksu szybko stał się autoparodią w oprawie przekleństw, gołych bab i fontann krwi.