Marki Mortal Kombat nie trzeba przedstawiać. Jeśli ktoś choć raz miał styczność z salonami z automatami, wie raczej o co chodzi. Jeśli nie, już raczej nie potrzebna mu ta wiedza, bo (przynajmniej do wyjścia najnowszej części gry) w obliczu podupadnięcia magii serii po przejściu w trójwymiar jest to rzecz raczej dla fanów. Groteskowa, komicznie brutalna i, nie ukrywając, głupkowata bijatyka podbijała młodzieńcze serca mieszanką taniej namiastki orientalnej mistyki, komiksowego fantasy i tzw. kina karate. Oraz obowiązkowymi Fatality - im bardziej chore, ty większy poklask. Usuwając wszelkie filtry, zwłaszcza ten nostalgii, zobaczymy toporną grę naparzankową i morze testosteronowego kiczu. Ale w Mortal Kombat kryje się ta sama moc, co w filmach akcji z czasów kaset wideo - można sobie wmawiać godzinami, że są idiotyczne czy badziewne, ale nic to nie da, skazy na nich się nie dostrzeże. Pierwsze trzy gry spod znaku smoka i film Paula W.S. Andersona, podobnie obiekt nostalgii - miliony fanów na świecie czekały na ich godne kontynuacje. Mortal Kombat 9 zaspokoiło ich w kwestii gamingowej (minuta ciszy dla mnie na poszlochanie, bo nie mam konsoli). A co z filmową odnogą marki?