Sandeep Parikh, znany przede wszystkim z The Guild, to niewątpliwie sympatyczny gość. Tego Amerykanina hinduskiego pochodzenia nie da się nie lubić, a komediant też jest z niego całkiem spoko. Sęk w tym, że produkcje z jego (zawsze ogromnym) udziałem nie bardzo mi się chciało oglądać... przynajmniej na dłuższą metę. Gildia broni się, to fakt, przystępnym humorem i charakterystycznymi postaciami, ale po 3 sezonie nie chciało mi się nawet włączyć czwartego. Zaś Legend of Neil, autorski projekt Sandeepa? Cóż, to rozbudowana (i świńska co niemiara) parodia Legend of Zelda, a ja w tą grę nigdy nie pocinałem i pocinać nie zamierzałem. Czasy 8-bit i 16-bit mają taki zasób Castlevanii, Metroidów, Final Fantasy i innych cudeniek, że zwyczajnie mało obchodzą mnie perypetie spiczastouchego bubka w czapeczce oraz z mieczykiem, zbierającego sobie serduszka i takie tam. A późniejsze... nie, nie umiem się przemóc. Sorry, fani Nintendo. I choć ciężko nie docenić paru błyskotliwych pomysłów i entuzjazmu, a każdemu serialowi rozpoczynającemu się od tronowego wsiąknięcia w konsolę wykonanego za pomocą masturbacji pod pikselową wróżkę połączonej z podduszaniem się padem od NESa należy się tzw. szacun, to dłuższe obcowanie u mnie skończyło się wyłączeniem. Dlatego cieszę się, że nowy projekt Sandeepa tematycznie bardziej trafia do mojej osoby. Bo choć ze sztandarowych bohaterów DC, których wykrzywione przedstawienia są główną atrakcją Save the Supers, lubię jedynie Batmana (chyba, że Lobo jest sztandarowy), to przynajmniej rozeznaję się jako tako w ich realiach.
Recenzja zbioru opowiadań pt. „Angst” autorstwa Gustawa Rajmusa
2 tygodnie temu
