Nie trzeba przytaczać ogólnie znanych faktów, ale jeśli Polak z mniej więcej mojego pokolenia ma cokolwiek wspólnego z anime/mangą, to na Czarodziejkę z Księżyca musiał się kiedyś natknąć. Tylko li z powodu, że był to pierwszy szał (obok Polonii 1, ale o tym się mniej wspomina, może dlatego, że były to nie wiedzieć czemu "bajki", a nie "anime") i zwiastun późniejszego wdarcia się japońskiej popkultury w serca nadwiślańskich nerdów (przepoczwarzając co po niektórych w bardziej efemeryczną formę otaku). Można zaprzeczać, zetknął się każdy, jeśli nawet nie bezpośrednio, to przez osmozę od koleżanek z podstawówki. Więc wiadomo o co biega: śliczniutkie mundurki, bąbelkowe supermoce o głupich nazwach; Tuxedo Mask w, well, smokingu i masce; pozy i przemiany, głupotki i dylematy dziewczątek przetykane sieką z monstrami. No, i memetyczny okrzyk przywołany w tytule niniejszego posta. Oczywiście, interesujący się japońską popkulturą wiedzą, że Sailor Moon to popularny przedstawiciel jednego z popularniejszych gatunków magical girls, w którym dzieciątka płci żeńskiej lub lolitki-licealistki bronią świata przed złem w uroczych kostiumikach... i tak dalej. Na skali różowości i słodkości zresztą daleko od najbardziej demonicznych wcieleń konwencji, nawet w znanej w Polsce ocenzurowanej wersji bez lesbijek i co brutalniejszych popisów (za to z dodatkową dawką infantylności w debilnym tłumaczeniu), przemocy i śmierci ukochanych postaci było tam co niemiara. Nie mówiąc o podbudzaniu libido co poniektórych wyrostków przez planetarne wojowniczki rozbierające się przy transformacji - zagadnienie poruszane zresztą w Robot Chicken. Niemniej, "słitaśność" naiwność i schematyzm pewnych gatunków aż kusi możliwością uszczypliwej dekonstrukcji i wrzucenia tego całego majdanu w otchłań mroku, cierpienia i wysokich stężeń emo.
Recenzja zbioru opowiadań pt. „Angst” autorstwa Gustawa Rajmusa
2 tygodnie temu
