Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brendan McGinley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brendan McGinley. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 listopada 2011

Superherosi trochę inaczej


Komiks superbohaterski, głównie dzięki tym dwóm panom, od przełomu lat 80-tych i 90-tych jest gatunkiem, w którym obok podstawowej radosnej sieczki w wykonaniu faciów z superfajnymi zdolnościami i z obowiązkowo fabułą zagmatwaną do granic zrozumiałości, znalazło się miejsce na eksperymenty, posmodernizm, dekonstrukcję i ogólnie wrzucenie w świat trykociarzy poważnych zagadnień, złożonego tła psychologicznego i ważkich dylematów. W międzyczasie trend przesadnie mrocznego i dramatycznego emo-antybohaterstwa, sprokurowany przy okazji, zdążył obrzydzić wszystkim całą tą Mroczną Erę Komiksu (racząc takimi logicznymi ekstremami, jak Spidey powodujący raka u Mary Jane swoimi, ekhem, radioaktywnymi wydzielinami - polecam artykuł), ciągle targające uniwersami znanych marek kryzysy, restarty, mega crossovers i inne zabiegi marketingowe odbiły się czkawką i nadal trują branżę (hello DC!), fakt, ale dzięki tym zmianom do dziś z dużą częstotliwością dostajemy zarąbiste pozycje z superbohaterami jako punktem wyjścia dla niesamowitych scenariuszy i poszukiwań artystycznych (zwłaszcza w formacie graphic novels) i mamy instytucje takie jak Vertigo Comics, które wypluwają cudeńka oraz kultowe tytuły na prawo i lewo. Czemu znów babram się w przypominanie historii komiksu amerykańskiego? Bo w dzisiejszym wpisie chcę przedstawić dwie serie twórcy działającego w Internecie, które dość mocno kojarzą mi się z Mroczną Erą Komiksu i konwencjami, które zawładnęły superherosów światem w latach 90-tych. W pozytywnym sensie, naturalnie.