niedziela, 8 lipca 2012

Upiorne kalifornijskie miasteczka i brytyjskie potworki


A niedzielnym wieczorem na Net is Nerdy powróci temat, który bez przesady mogę nazwać jednym z wiodących - czyli horrorowe antologie. W wersji wideo, należy dodać. Temat wraca, bo twórcy działający w Sieci ciągle do niego podchodzą. I to niekoniecznie nawet ci bardzo indie, jak choćby niedługo przekonamy się na Crackle.com . Cóż, horror akurat zgrabnie da się upchnąć w formułę króciaka, która to z kolei pozwala łatwo pokonać różne ograniczenia, na jakie co i rusz trafią niezależni twórcy. Dziś na tapecie będzie więc jedna antologia, którą już znacie z moich wynurzeń - a która przeszła pewną transformację - oraz coś nowego, prosto z upiornej Anglii. Zapraszam!

Black Box TV było jedną z pierwszych antologii horroru w formie serialu sieciowego, jakie omawiałem na blogu. I po dziś dzień jest jedną z lepiej zrealizowanych, nawet biorąc pod uwagę fakt, że tzw. production values w przypadku dobrych internetowych serii są obecnie z miesiąca na miesiąc coraz lepsze. Oczywiście, miała swoje problemy -najgorszym był wahający się poziom scenariuszy - ale była krokiem we właściwą, profesjonalną stronę. Z tym, że bardzo szybko zaczęło się wydawać, iż na dobrym starcie w postaci pierwszego i kawałka drugiego sezonu się skończy. Dziełko Tony'ego E.Valenzueli i Anthony'ego E. Zuikera nie dość, że po paru dobrych odcinkach drugiego rzutu dostało jakby czkawki, to jeszcze wydawało się, że więcej energii twórcy wkładają w różne inicjatywy "około", wcielane do głównego kanału serii. Niektóre, jak konkursy szortów grozy, można jeszcze potraktować jako coś ciekawego. Ale "prawdziwe" nagrania z udziałem duchów? Odwiedzanie "nawiedzonych" miejscówek? Tłuczenie znanych miejskich legend (i to nie do końca nawet miejskich, bo meksykański folk z La Lloroną i fikcyjny wymysł netu Slender Man to dwa tematy z trzech)? Raczej kiepsko rokowało to na przyszłość.A tu niespodzianka. Panowie zdecydowali się bowiem na odświeżenie formuły swojego serialu - i od kwietnia wrzucają na YouTube nowe odcinki pod szyldem Black Box TV: Silverwood.



Nowy tytuł mówi wszystko. Od teraz szorty spod znaku BBTV dzieją się w jednej, określonej lokacji - kalifornijskim miasteczku Silverwood (hmm, swoją drogą, coś takiego robi w tym roku też nasza polska e-antologia literacka 31.10 Haloween, jakiś nowy trendzik? :D), które oczywiście ma nadzwyczajną ilość skrywanych mrocznych sekretów na metr kwadratowy. Co ciekawe, wybór jednego miejsca nie oznacza powiązania fabuł czy zmiany konwencji - to nadal krótkie, nie nawiązujące do siebie historyjki, tylko w nowym plenerze, pełnym malowniczych widoczków górskich i domów z dużą ilością drewna. A zmiany? Nowy szyld i nowe podejście służą ukonkretyzowaniu formuły, która dotychczas nie była aż tak sprecyzowana. Czyli wybraniu wspólnych zalet poprzednich szortów i skupieniu się na nich.



Przede wszystkim kierunek. Sezon 1 trochę zygzakował w różne strony, niby był horrorowy, ale a to wpadła melancholijna opowieść o zaświatach; a to wojenne, ufokowe lub "paradoksowe" s-f; potem zdarzały się nawet odtwarzania realnych historii. Przypominało to różne mieszanki typu Twilight Zone i Outer Limits, główne inspiracje twórców, ale spójnością nie powalało. Silverwood w porównaniu do tamtego rozstrzału jest nastawione stuprocentowo na horror i jego schematy. Ponadnaturalny bądź nie - ale horror właśnie. Co za tym idzie, jest dużo więcej krwistych scen, więcej napięcia (powolne budowanie nastroju, jeśli jest, to długo nie trwa) i, cóż, straszenia, choć jumperowego (jeden im się szczególnie udał, w odcinku Left Behind - ja lekko podskoczyłem, aczkolwiek można się spodziewać uderzenia, zaskakuje jego forma). Drugą oznaką nowego toru jest uwypuklenie zalet realizacyjnych. Jest jeszcze lepiej. Obraz czyściutki, dobrze obrobiony i w wysokiej rozdziałce. Skupiono się na najbardziej sprawdzonych patentach i wykorzystuje się tylko je. Najbardziej cieszy częsty podział ekranu a la 24 Godziny, ale nie służący do zestawiania paru scen, tylko do ukazania detali jednego fragmentu, których w klasycznym ujęciu moglibyśmy nie dostrzec. Praca kamery to ogólnie pole do popisu w tym przypadku - np. w dwuczęściowym The Hunger już od pierwszej sceny pan kamerowy ustawia się tak, by złapać jak najbardziej nietypowe perspektywy. To szukanie oryginalnej pozycji dobrze zestawia się z efektem trzęsikamery. Muzykę popularną, kontrastującą ze sceną, trochę ograniczono do odpowiednich momentów, i nadal ciekawie to wypada (oprócz oczywistego metalowego darcia w jednym z epizodów).



Odświeżenie oznacza też świeższą obsadę. Aktorzy wydają się jeszcze młodsi i bardziej urodziwi... niestety, jakość gry przy tym pozostawia więcej do życzenia. Tylko w The Perfect Night w ogóle nie da się słuchać postaci wiodących, ale w reszcie odcinków większość wypada blado (ci, którzy trochę się wyróżniają, mają  po prostu większą ilość ról na koncie). Owszem, znajdą się i wyróżniający niszowi aktorzy. Mi przypadła do gustu niezwykle stylowa Azure Parsons. Która przeszła do ekipy z niezłej ligi, dodajmy, bo to stała współpracownica popularnego kolektywu kręcącego krótką grozę - Fewdio, odpowiedzialnego też za znane już wam Camera Obscura (i tam też była, tak tak, ta urokliwa dziewuszka to Magoria, moja ulubiona strzykawkowa potworzyca, we własnej osobie). Chociaż, bądźmy szczerzy, może to bardziej mój crush, bo wiele więcej od reszty nie pokazała. Cieszy, że pojawiają się w drugoplanowych rolach sprawdzeni, wiele lat pracujący w TV aktorzy. Mówię tu choćby o Michaelu McGrady (serial Southland, mnóstwo epizodów), Mary Pat Gleason (każdy serialik, przy którym zakrzyknę Middleman! ma u mnie plusa) czy Jonie Griesie (charakterystyczny epizodysta, między innymi Roger Linus z Lost). A najważniejsze? Cóż, można powiedzieć, że scenariusze wyrównały poziom... ale do średniego. Tematyka to ograne i znane schematy gatunku. Mamy nawiedzony dom; dziwaczną, patologiczną rodzinkę; szaleństwo otwierające drogę ku zaistnieniu nieokreślonej abominacji i tragedię wynikającą z psychicznych problemów pewnej stalkerki. I choć zdarza się niezły zwrocik akcji, jak w ostatniej z tych fabuł, widzimy głównie dość typowe rozwiązania. Tylko jedna historyjka zahacza o żenadę. Opowieść o trójce przyjaciół jadących nad jezioro, których relacje psują powikłania miłosne, a potem... campowe jak cholera UFO. Na szczęście pewien zwrot akcji trochę to ratuje, ale to raczej przejście z jednego kiczu w drugi. Ale, co by nie mówić, reszta dostarczy niezłej rozrywki na wysokim poziomie wizualnym każdemu fanowi gatunku. Ogląda się to dobrze, a więc odżywają nadzieje na przyszłość.



A skoro do antologii telewizji internetowej sięgnęliśmy, to przenieśmy się na chwile na naszą stronę Atlantyku, gdzie w Wlk.Brytanii duży kolektyw twórczy (tak duży, że wymienianie byłoby niepotrzebnym nabijaniem długości posta) pod wodzą niejakiego Bena Franklina bardzo stara się o możliwości realizacji swojego projektu - trzynastu filmów do 10 minut długości pod szyldem Bloody Cuts. Króciaków powstało na razie pięć, a kampania finansowa przyniosła dość mizerne efekty, więc przyszłość inicjatywy to wielki znak zapytania, ale warto się przyjrzeć dotychczas wypuszczonym w Sieć dziełom ekipy. A zwłaszcza ostatnim trzem. Bo choć też daleko nie uciekają od grozy typowej i może ogranej, to są bardzo dobrze zrealizowane... i kuszą ciekawym ujęciem tematów.



Pierwsze dwie historie Bloody Cuts ani ziębią, ani grzeją. Owszem, nieco staroszkolnie kiczowatą, zwięzłą grozę grupa opanowała dobrze, w scenach pełnej napięcia eskalacji strachu jest rzeczywiście pierwiastek przerażenia właśnie, ale to tyle. Lock Out to krótka, bezfabularna wprawka o ochroniarzu, który przy zamykaniu interesu napotyka coś buszujące w cieniach. Stitches to zaś ekranizacja miejskiej legendy szeroko znanej w wielu wersjach dosłownie wszędzie, co sprawia, że nic tu nie zaskoczy. Ale, po zachęcającej oglądalności tych dwóch króciaków, do ekipy Bloody Cuts dołączył możliwe, że jej największy atut. Członkowie kolektywu Millenium FX, odpowiedzialnego za prostetykę, potworkowe efekty i makijaż w takich produkcjach, jak Szeregowiec Ryan, Mumia, Dr Who czy Being Human. I wydaje się, że zauważalny skok wizualnej jakości pociągnął za sobą większe kombinowanie i urozmaicanie. Prey to przestroga dla podrywaczy na motywach angielskiego folkloru. Pierwsza część obrazu jest ciekawa, bo ma dwupoziomową narrację - poranek pewnego przystojniaka przeplatają frenetyczne urywki z nocnego imprezowania. W drugiej zaś pojawia się znany na całym świecie duch z celtyckim rodowodem, tylko, że podany... bardzo po azjatycku. Końcówka jeszcze bardziej oddala nas od oryginalnego oblicza zjawy i wypada to fajnie. Mother Died... żeby nie zaspoilować, to ciekawa wariacja na ograny obecnie do wymiotów temat. Efekt osiągnięto dzięki ciekawej, młodej aktorce, osobistej narracji i położeniu nacisku na emocje. Najlepszy i najbardziej stylowo wyglądający jest zdecydowanie Suckablood. Jest to gotycka bajka o tym co się dzieje, jak dziecko nie chce przestać ssać kciuka... podana z tak superanckim przerysowaniem (narrator, o mój boże, narrator) i dawką burtonowskiego mroku, że wypada tylko przyklasnąć. Dodajmy, że ekipa dba o korespondującą  i schludną graficzną stronę swojego przedsięwzięcia (no, może czołówka nieco śmieszy) - spójrzcie na ich witrynę - i np. pozostającą w klimacie reklamę swojej kampanii zbierania funduszy. A i ma czas nakręcić na boku jakieś totalne, rozbrajające dziwactwo w typie "randka z demonem" (If you like it then you shoulda put a ring on it :)). Widać w tym pasje i chęci, które mogą świadczyć, że jeśli powstaną kolejne epizody, będą tylko coraz lepsze. Do obserwowania.

I tyle. Ciekawe, co w tym roku jeszcze pokażą twórcy zbiorków grozy pod postacią serialu?







Brak komentarzy: