środa, 21 grudnia 2011

Azjaci, gry i giwery - najlepsze guilty pleasure (?) YouTube'a


Zawsze gdy przeglądam nowe, a przy okazji też większość znanych filmików z tubowego kanału freddiew, zastanawiam się nad tym, czemu właściwie znów. I zadaję sobie w mojej pustawej głowie pytanie - Freddie Wongu, dlaczego twoje produkcje tak dobrze się ogląda? Całkiem obiektywnie patrząc (przynajmniej tak mi się wydaję) są one często durnowate  - i nie chodzi tylko o dziwne miny samego gospodarza; przesadnie głośne, ze swoją zrozumiałą miłością do filmowości i zdecydowanie mniej pojmowalną do łupiącego techno; opierają się w zasadzie na dziecinadzie i nastoletnich wygłupach; a w kwestii humoru bazują tylko na w miarę prostym (acz czasem błyskotliwym) wrzuceniu jakiejś mechaniki z gier lub z kina akcji w realne środowisko, rzadko docierając do jakiejkolwiek mocnej puenty. A jednak oglądam z przyjemnością. Guilty pleasure? A może nie?

Jakiś powód atrakcyjności bazujących na efektach specjalnych, nerdowskich do cna cotygodniowych filmów Freddiego istnieć musi. Szóste miejsce w globalnym zestawieniu przodowników pod względem subskrybentów na całym YouTube znikąd się nie wzięło. Nasunęły by się nawet dwa, dość oczywiste. Po pierwsze same efekty specjalne, na których opiera się cała zabawa. Tutaj należy się tylko poklask, Freddie wraz z współtwórcą i współzałożycielem kanału, Brandonem Laatschem, odwalają kawał dobrej roboty i niektóre "poważne" produkcje choćby telewizyjne takich wizualiów mogłyby pozazdrościć. Fakt, panowie mają wykształcenie (są po kinówce), ale pamiętajmy, że wszystko, dosłownie wszystko, robią praktycznie sami. Drugim powodem, moim zdaniem, może być pewnego rodzaju respekt, może zazdrość połączona z zadziwieniem. Bo oto raczej średnio wyględny, pulchny Azjata w stylu konsolowego slackera nie tylko zdobywa netową sławę, ale i utrzymuje się z konta na YouTubie, na potrzeby którego właściwie filmuje tylko nerdowskie mokre sny - kto by nie chciał zastąpić starej, nudnej pracy czymś takim?

No tak, to w sumie te aspekty na pewno starczą, jeśli chodzi o wyjaśnianie popularności. Ale uważam, że nie jedyne i może nawet nie najbardziej świadczące o rozrywkowości propozycji kanału freddiew. Wyłożę więc w eleganckich punktach te, które pojawiły mi się w głowie podczas kolejnego repeatowania moich ulubionych filmików. Z przykładami, a co!

1. Freddie z ekipą wiedzą, co w życiu zdrowego samca (i nie tylko) jest priorytetem.

I nie przepuszczą okazji, żeby to unaocznić.



Zresztą podsumowuje to dobrze wizja Raju według pana Wonga.



2. Rzeczywistość, w której każda sytuacja może być pretekstem do hollywoodzkiej strzelaniny, po prostu nie może nie zachwycać.

A tutaj każda jest, Boże, "bohaterowie" tych historyjek biorą gnaty chyba nawet na spacer z psem. Postrzelać w efektownym stylu można sobie przy okazji chociażby prozaicznego napadu żula-złodzieja, śpiesząc się na jakieś ważne spotkanie czy... wybierając płatki śniadaniowe (można zwrócić uwagę na gościnny występ Michelle Phan, czyli tubowej specjalistki od zyliona warstw tapety na twarzy - filmik poglądowy. Bo wszyscy YouTube'owcy to jedna rodzina?).



3. Bo Freddie dokładnie wie, po jakie gry należy sięgać, żeby wszyscy byli zadowoleni.

Czyli po nostalgiczne pozycje dzieciństwa, evergreeny można powiedzieć, i współczesne kulty typu Portal czy Halo. Przeplatane męskimi aż do śmiertelnych dawek testosteronu FPS-ami, naturalnie. Każdy lubi dostawać to, co lubi (straszne zdanie alert!) i Freddie z kolegami chętnie tego dostarczy - czy to populizm, czy (co bardziej prawdopodobne) sam chce takie rzeczy oglądać "na żywo"? Jak już odpalimy filmik, na takie pytania miejsca nie ma.



Oprócz pragnień, ekipa zna frustracje graczy... i z ochotą stworzy im filmowy wentyl bezpieczeństwa.



4. Bo świetnie jest odkryć, jak surrealistyczne potrafią wyglądać gierkowe mechanizmy, gdy wyrwie je się z okowów umowności i wprowadzi w realny świat.

A w tych wideach zdarza się to nagminnie. Kiedy gramy, immersja oddala wszelkie uproszczenia i schematy na bok. Gdy pada i bezpiecznej nakładki grafiki komputerowej brak... well, wygląda to ciekawie.



5. Uświadamianie, że raczej kiepskie pomysły Hollywood czasem wystarczy dać paru geekom z kamerą...

I wyjdzie coś ze współczynnikiem awesomeness + 100.



6. Bo ta banda w gruncie rzeczy entuzjastów ma fantastyczną wyobraźnię wizualną i kreatywnie ją wykorzystuje - jak chcą, to ekstra rzeczy z tego wychodzą.







7. Bo każdy lubi gościnne występy nerdowskich celebrytów różnego formatu

Listę można spokojnie oblukać na Wikipedii - tu przykład reprezentatywny najbardziej. A jak sobie ego skubany podładowuje! :D



8. Bo głupi humor jest głupi (czasem w zarąbisty sposób).



Okej... jeśli ktoś do tej pory myślał, że będzie konstruktywne podsumowanie, cóż, przykro mi (straconego czasu nie zwracamy). Freddie Wong jest fajny, brać popcorn i puszczać jako playlistę. Ale skoro postawiłem gdzieś tam na górze pytanie... to co, guilty czy nie? No, to zależy od subiektywnej definicji pojęcia guilty pleasure, ale generalnie, mimo wszystko, ja trochę to tak postrzegam. Ta cała urocza szczeniackość, dowcip sformatowany pod amerykańskich nastolatków, spontaniczne ganianie z kamerą i realizowanie dzikich pomysłów - jednocześnie warunkuje pozorną płytkość, jak i niezwykłą energiczność całości. Czyli oglądać, ot co. I czekam na ich serial sieciowy Video Game High School, który właśnie sfinansowały dotacje na Kickstarterze. Może być ostro.


Brak komentarzy: