środa, 12 października 2011

Awkward Pop


Jak to bywa u uzależnionych od Internetu, tematy do obadania często wyskakują sobie znienacka, podsuwany wygodnie przez agregaty przetwarzające ciekawostki i ewenementy. Tym razem z rzuceniem we mnie czymś dziwnym pospieszył Geeks are Sexy, jeden z lepszych blogów z gatunku "wrzucamy wszystko, co nerdowskie". Jako jeden z obowiązkowych co parę postów dziwnych/zajebistych/frapujących (skreślić w zależności od percepcji) filmików pojawił się tam wczoraj pewien duet wykonujący, he, COŚ. A raczej piosenka o Jurassic Park, oparta na temacie z Jurrasic Park, wygrana na koszmarnie brzmiących klawiszach przez dwóch typków wyglądających jak najczystsze ucieleśnienie stereotypu nerda ukonstytuowanego w pamiętnych latach 80-tych. Wspomniałem o wokalach łączących brytyjski akcent i wyraźne symptomy Aspergera? Generalnie było to dość przerażające, ale oczywiście musiała wywołać klasyczną w kontakcie z zasobami Sieci reakcję WTF I've just seen? Co oczywiście, pociągnęło za sobą grzebanie po Tubie.

Trochę przyspałem, bo pochodzące z Leeds Brett Domino Trio (w osobach brodato-okularniczej gwiazdy oraz dwóch pomocników: szczurowatego Stevena Peavisa, który wygląda zawsze tak obojętnie, że nawet jakby nagle zszedł na zawał, dużo by to nie zmieniło oraz Mitch Hutchinson, wyglądający jak nastoletni blond mól książkowy) jest już trochę rozpoznawalne, zwłaszcza, że zaliczyło obecność w brytyjskim Mam Talent



No cóż, tak to jest, jak zjawiska telewizyjne poza akuratnie oglądanymi serialami poznaje się albo siedząc w weekend u znajomych z dużym telewizorem, albo u Charliego Brookera. W każdym razie, występ daje pewne pojęcie z czym mamy do czynienia. Jako zespół rzeczywiście wychodzą z baterią syntezatorów i grają znane przeboje w uprymitywnionych aranżach pachnących złotą erą keyboardowych dźwięków. Dodając do tego ogólną nieporadność, kilka dziwacznych wypowiedzi ("Bonnie Tyler" :)) i oczywiście modowe hity w stylu sweterków czy koszul w kant. Ale nie jest to esencja zjawiska, bo tą znajdziemy na kanale YouTube Bretta. Siłą filmików, które regularnie się tam ukazują, tworzonych zresztą w okrojonym składzie (głównie Domino-Peavis), jest bowiem sięganie po współczesny, czarno-elektro-klubowy pop (i repertuar w Britain's Got Talent był przez to źle dobrany, brakło znaczącej przepaści między źródłem i wykonaniem) i prezentowanie go w takiej nerdmanierze. Siadają sobie panowie, wyjmują instrumenty z zamierzchłej przeszłości technologii muzycznej i urządzają przejażdżkę po hitach dajmy na to Timberlake'a, Furtado czy Ellie Goulding. Wokale zaś ciągle w monotonne manierze, straszące często gęsto niedoskonałością oraz brakiem skali i z tym brytyjskim w taki pocieszno-dziwaczny sposób akcentem (ktoś na YouTubie sugerował, że w UK ich występy mają dodatkowy aspekt komiczny, bo to postrzegany jako zabawny akcent regionalny - ale ja akurat nie jestem sprawny w rozróżnianiu aspektów wyspiarskiej mowy, co udowodniłem kiedyś failując na forum TV Tropes  nietrafnym rozpoznaniem zmian akcentu w wykonaniu Davida Tennanta). No i miny, zachowanie, próby choreografii - w najbardziej nieudolnych i autystycznych wręcz momentach sprawiające, że całość wygląda jak miks Napoleona Dynamite z popisami naszego rodzimego Miszcza (no, lekko przesadziłem, ale lekko jeno).

Zresztą, przykładem trzeba poprzeć - oto ichni medley w większości plastikowych hiciorów z masówkowej składanki Now! 75.



Trochę to urokliwe, trochę dziwaczne, ale po obejrzeniu kilku filmików człowiek zdaje sprawę, że coś tu jest nie tak. Wszystko to brzmi dużo za dobrze i gra zbyt sprawnie, by była to naprawdę grupka losowych nieprzystosowańców żyjących w piwnicy mamy, którzy podłączyli webcam i raczą nas z jakiegoś powodu swoim odmieńcowatym spojrzeniem na pop. Tu Simon Cowell dobrze ich wyczuł, bo rzeczywiście jest to grupka komików, którzy wcielają się w rolę muzykujących geeków. Prawda, jest to kabaret specyficzny i prawdę mówiąc ryzykowny, bo jechanie na jednym patencie może się znudzić w okamgnieniu. Ile można się śmiać z kontrastu awkwardness chłopaczków z przesiąkniętą seksem i imprezowaniem warstwą liryczną dzisiejszego popu? Długo, jeśli jest w tym coś, co zawsze zaskoczy. Aranżacje. Naprawdę mistrzowskie i z inwencją dobrane aranże. Rob J. Madin, bo tak naprawdę zowie się Domino, jest multinstrumentalistą (gra naprawdę cholera na wszystkim, a syntezatora gitarowego to używa ze sznytem nieomal wirtuozerskim), a w dodatku musi mieć pokaźny magazyn pełen instrumentów elektronicznych dawno przeterminowanych. I używa ich do wytworzenia prawdziwej orgii niskobitowej (a nawet w ogóle niebitowej) syntetyki. Fajnie już jest, jak sięga po bardziej przewidywalne zabawki, typu theremin (pierwszy najlepszy, wiadomo, to brzmienie się nie starzeje). Ale to dopiero początek. Domino ma w zanadrzu na przykład baterię niezwykłych wynalazków legendarnego Korga.(tylko po co doczepił Kaossilator do ukulele?)





Na stanie posiada także dużo dziwniejsze zabawki, jak choćby Skoog.



Czy stylofon.



A nawet jak sięga po bardziej rozpoznawalne, przynajmniej kształtem, zabawki, to i tak wymyśli ciekawe ograniczenia dźwiękowe.



Dla urozmaicenia, Domino sięga też po nowsze patenty (iPodowe gadżety chociażby), a także nieelektroniczne instrumenty, też dobrane pod względem nietypowości, od ukulele i akordeon po różne sprzęty gwizdane (kazoo rządzi) i flety. Peavis, cichy (a przynajmniej, hmmm, bardziej statyczny) bohater widzów kanału YouTube i rzekomo "najlepszy keyboardowy perkusista evar", dzielnie mu sekunduje. Oprócz pełnej gamy klawiszowych perkusjonaliów, do nadawania rytmu używa także puszek po coli, monet, dezodorantu w sprayu i ogólnie wszystkiego, co się nawinie. I to naprawdę działa, bo po kilkunastu minutach oglądania tego cyrku przestaje się zwracać uwagę na element komediowy i zaczyna się oczekiwanie na czym tym razem wywiną chwytliwą solówkę czy jaki zabytek muzyki elektronicznej zabrzmi lepiej niż sample użyte w oryginale z list przebojów. Okazuje się, że kabarecik jest dwupłaszczyznowy i ta płaszczyzna czysto muzyczna jest dużo fajniejsza, niż nerdowy image preparowany dla zgrywu. Chcę się jej słuchać i naprawdę zaciekawia, co przy uwzględnieniu faktu, że YouTube pęka w szwach od ciekawych, przeciętnych lub dennych specjalistów od coverów znanych przebojów, wydawałoby się średnio oczywiste.

Madin nie ogranicza się do odgrywania roli Domino. Wciela się w inne persony, ale już nie tak ciekawe. Rocco La Bête na przykład też gra covery (i w tym samym składzie), ale na rockowo. To już mniej frapujące, bo patent podostrzania popu zjechali już dawno, dawno temu prawdziwi rokendrolowcy. Chociaż obiektywnie rzecz ujmując, też są to fajne przeróbki. I udowadniają, że wystarczy odpowiedni strój, okulary przeciwsłoneczne, bałagan fryzurowy i aplikacja przesterowująca głos na bardziej indie-nowofalowy, a z geeka można przejść do hipsterskiego rockmana bardzo udatnie.



Ma też wcielenie dubstepowe, do którego udało mu się dobrać stylizację jeszcze bardziej porażająco-przerażającą, niż gromadce Domino.



A z obcowania z twórczością Brytyjczyka, oprócz odrobiny uciechy w "mały weekend", wyniosłem także dwa szlagiery, które idealnie zilustrują mi dualizm atmosferyczny zbliżających się nieuchronne zimowych świąt.

Brak komentarzy: