środa, 29 czerwca 2011

(1) Lekki zawód spod znaku smoka


Marki Mortal Kombat nie trzeba przedstawiać. Jeśli ktoś choć raz miał styczność z salonami z automatami, wie raczej o co chodzi. Jeśli nie, już raczej nie potrzebna mu ta wiedza, bo (przynajmniej do wyjścia najnowszej części gry) w obliczu podupadnięcia magii serii po przejściu w trójwymiar jest to rzecz raczej dla fanów. Groteskowa, komicznie brutalna i, nie ukrywając, głupkowata bijatyka podbijała młodzieńcze serca mieszanką taniej namiastki orientalnej mistyki, komiksowego fantasy i tzw. kina karate. Oraz obowiązkowymi Fatality - im bardziej chore, ty większy poklask. Usuwając wszelkie filtry, zwłaszcza ten nostalgii, zobaczymy toporną grę naparzankową i morze testosteronowego kiczu. Ale w Mortal Kombat kryje się ta sama moc, co w filmach akcji z czasów kaset wideo - można sobie wmawiać godzinami, że są idiotyczne czy badziewne, ale nic to nie da, skazy na nich się nie dostrzeże. Pierwsze trzy gry spod znaku smoka i film Paula W.S. Andersona, podobnie obiekt nostalgii - miliony fanów na świecie czekały na ich godne kontynuacje. Mortal Kombat 9 zaspokoiło ich w kwestii gamingowej (minuta ciszy dla mnie na poszlochanie, bo nie mam konsoli). A co z filmową odnogą marki?

Uderzenie nastąpiło w Sieci, rok temu, w czerwcu 2010. Zupełnie znienacka i wywołując reakcję wszystkich mediów growych i okołonerdowskich. Filmik, stylizowany na trailer, niby zawierał podstawowe postaci i pewne wątki z pamiętnych Mortali, ale stylistyka - zupełnie inna. Mroczno i w realiach brudnego miasta, fabularnie oparte na starciu twardych jak skała gliniarzy-sterydziarzy  i jednego najętego aktora akcji z psychopatycznymi świrami o znanych ksywkach Reptile czy Baraka. I wypuszczeniu z więzienia profesjonalnego killera z Azji, który w ostatniej scenie ujawniał się jako bożyszcze tłumów Scorpion. Reakcje musiały być spolaryzowane - albo kupowało się niespodziewany gritty reboot, albo nienawidziło za szarganie świętości. Sam sceptycznie na to patrzyłem, ale po kilku seansach poczułem to, co wielu - powiew nadziei na oryginalną produkcję związaną z Mortalami, która nie będzie wiadrem pomyj wylanym na dorosłe już dzieciaki wychowane na serii. Oczekiwania wydały się uzasadnione, bo "zwiastun" okazał się prezentacją  koncepcji nowego filmu dla decydentów z Warner Bros. W dodatku co najmniej półprofesjonalnie zrealizowaną - twórcą okazał się Kevin Tancharoen, wyrobnik telewizji muzycznych i reżyser jednego, dennego podobno filmu; ale za to z pożądanymi koneksjami (brat Maurissy Tancharoen, scenarzystki/aktorki z Dollhouse i żony brata Jossa Whedona... zresztą, stop, bez nerdowskich onanizmów). Miał też dobrą ekipę, co po filmiku było widać, i nawet zawodowego choreografa scen walki - co mogło pójść nie tak? Niestety, Warner nie do końca dał się złapać na haczyk. Zamiast filmu zaproponowano webseries, dziewięć epizodów na gierkowym portalu Machinima. Ale nadzieja żyła, dobrze dokarmiona.




Zanim pierwszy odcinek serialu wpuszczono do Sieci 11 kwietnia bieżącego roku, hype był już porządnie nakręcony. Na tyle, by wręcz spodziewać się porażki - wszak przy zawyżonych oczekiwaniach łatwo o zawód. Optymizm jednak pozostawał. Nie zmąciła go nawet podejrzana informacja, że Shang Tsung będzie w następcy Rebirth wrednym czarownikiem serio serio, a nie bardziej "realnym" bossem turnieju walk.Okej, można było sobie niefrasobliwie pomyśleć. Imprezę z udziałem największych psycholi i kafarów Ziemi nakręca ekipa z Zaświatów? Nawet fajniej, taki mały ukłonik w stronę fabuły oryginału.

W końcu pojawił się pierwszy odcinek i zawód. Niepełny, nie taki, że cały serial chciałoby się wykreślić, ale taki lekki, acz bolesny w sumie zawód.

Próba zachowania neutralności w sytuacji, gdy jest się między dwoma napierającymi frontami? Od razu można się poddać.

Mortal Kombat: Legacy to wzorcowo zrobiony serial sieciowy. Zapewnię dzięki pieniążkom Warner Bros i przywoływanemu teoretycznemu profesjonalizmowi ekipy, ale fakt jest faktem, realizacyjnie startuje w lidze Riesie i webisodes uzupełniających produkcje telewizyjne, zachowując format "do dziesięciu minut" i inne cechy webseries. Są nieszwankujące efekty specjalne, jest CG, są porządne kostiumy i obróbka obrazu.  Muzyka pasuje jak ulał, zwłaszcza gdy słyszymy w specyficznych basach echo równie unikatowego podkładu z gier, a włączająca się elektronika odsyła do pierwszego filmu kinowego. Jest to właściwie na poziomie dobrze nakręconego serialu telewizyjnego, choć raczej niskobudżetowego. Aktorsko jest niemal idealnie poprawnie i nieco sztywno, ale gdy fani łakną walk wykręconych twardzieli, w tej strefie nikt wiele się nie spodziewał. Aktorzy to w większości drugoplanowcy i epizodyści z dłuższym stażem. Ważne, że pokazały się twarze nerdom znane skądinąd, jak Jeri Ryan (każdy geek ślini się do Siedem z Dziewięciu), Ryan Robbins (Sanctuary, Battlestar Galactica, Caprica) czy Tahmoh Penikett (Helo z Battlestar Galactica). Do tego należy dodać, że jest pomysł na narrację. Każdy odcinek opowiada historie poszczególnych zawodników Mortal Kombat w nieco innym stylu, a estetyka bez zarzutu dostosowuje się do koncepcji.

To co u licha jest nie tak?

Dwa odcinki przesądziły o wszystkim. Odcinek pierwszy kontynuował Rebirth... i robił to w stylu tak nijakim, że nie dostrzegało się porządnej technicznie realizacji. Zaczynając od nudnej strzelanki kończąc na nudnej kopance. Nic nie podziałało, mimo ciekawej, brudno-futurystycznej otoczki. (idącej na mój gust nieco w stronę 3 części gry). Ogólną koncepcję zachowano, ale zupełnie brakowało, wyłóżmy to prosto, jaj. Pazura. Zwyczajnej rajcowności. Ale oglądając dwa następne epizody można było sobie wmawiać, że całość się rozkręci, zwłaszcza, że w tle znajdował się jakiś motyw główny, obiecujący efektowny finał. Wtedy nadszedł epizod czwarty i zasadził nadziei na coś nowego w temacie Mortali solidnego kopa w tyłek. Historia Kitany i Mileeny nie miała nic wspólnego z realizmem, pogonią za psycholami i innymi pysznościami z Rebirth. Za to dużo z fabuła znaną z gier, właściwie to ją adaptowała w mało niezmienionej formie. Pojawienie się Baraki jako zaświatowego orka kompletnie kasowało koncepcje przeistoczenia znanych monstrów-wojowników w szpanerskich, ale ludzkich zwyrodnialców. Stylistyka mrocznej bajki kontynuowała koncept przelotu przez różne estetyki opowiadania historii, ale ni w ząb nie pasowała do niczego, co kojarzy się z marką. Nie mówiąc o rozwlekłości, ataku klisz, kiepskich wstawkach animowanych... nadzieja rozbiła się o bruk. Nie podobało się nawet ortodoksom plującym na realniejsze podejście, fala negatywnych komentarzy zalała YouTube, a potem odbiła się w recenzjach. I choć twórcy kolejnymi trzema odcinkami próbowali efektywnie bronić honoru, o czym jeszcze będzie, to fakt, że zamiast świeżego spojrzenia dostało się rozdarcie między czymś własnym a czystym materiałem źródłowym nie pozwoliło bawić się tak dobrze, jakby się chciało.

Przyczyny? Reżyser broni się gadką, że taka była koncepcja, że każdy odcinek miał być odrębną całością., jak Animatrix. Jednocześnie mówi jednak, że całość to wprowadzenie każdej postaci do wydarzeń z pierwszych dwóch Mortali, co chyba sugeruje jakąś wspólną ideę (zwłaszcza, że ostatni, odłożony na ComicCon 2011 odcinek wyraźnie ma być klamrą, wracającą do motywów z początku). Trochę te stanowiska się wykluczają. Inna wersja mówi o interwencji Warner Bros, testującą widownię względem preferencji kosztem oryginalnego pomysłu z Rebirth. Może i nawet to prawda. Jeśli tak, to zaszkodziło to bardzo. Dalsze usprawiedliwienia zależą od stosunku i zapału w fanowskiej obronie inicjatywy. Narzeka się na krótkość standardowego formatu webisodów i zabieranie czasu podsumowaniem poprzedniego odcinka, ale to mocno naiwne, skoro "pełnoprawne" seriale sieciowe radzą sobie z tym na różne sposoby. Narzeka każdy, łącznie z twórcami, na cenzurę. Jednak nie było jej aż tak dużo, zaraz zresztą powychodziły odcinki niepocięte (choć fakt, usuwanie krwi z Mortala trochę mija się z celem). Narzeka się wreszcie, że online'owy format mija się z pierwotną koncepcją pełnometrażówki.

Usprawiedliwienia usprawiedliwieniami, problem jest jeden.

Nie da się spełnić oczekiwań dwóch grup widzów, liczących na radykalnie różne wrażenia. Ci, którzy zajarali się pomysłem z Rebirth, poczują się oszukani przez epizody czysto fantasy. Ci, którzy chcieli starego, dobrego Mortala, nie przełkną realistycznych prób i będą generalnie kichali na całość. Schlebianie tym i tym prowadzi do rozmydlenia się trafionej konwencji trailera, który zapewnił ludowe poparcie twórcom. Gdyby całość była spójna pod względem nowego spojrzenia na oryginał, zyskałaby z pewnością. A jeśli ma go nie mieć, to nie lepiej dać tłumom to, czego chcą - produkt bliski materiałowi źródłowemu.? Zwłaszcza, że  w internetowym, ograniczonym długością formacie środków po temu nie brakowało, nie musiał być to casus poprzedniej próby serialowej (która wartość ma  jedynie nostalgiczną). Fatalność tego przełomu ilustrują dwie ostatnie historie, paradoksalnie najlepsze. Opowieść o Raidenie w stu procentach spełnia obietnicę mrocznego realizmu z nutką mistyki. Początki rywalizacji Scorpiona i Sub-Zero to totalny ukłon w stronę  starych fanów, sformatowany pod klimat, którego łakną.
Tyle, że nie wyglądają jak odcinki tego samego serialu. I nie pomoże nic, nawet mentorskie wsparcie, jakie zaoferował Ed Boon.

Najgorsze, że płonna nadzieja nadal nie odeszła. Legacy i tak się oglądało, a kilka spraw nadal podsyca wrażenie, że z tego może jeszcze wyjść coś niesamowitego. Przede wszystkim entuzjazm Kevina Tancharoena. Nie da się nie uwierzyć jego intencjom, gdy rozgaduje się o przywiązaniu do marki i projektu, chlubi się powiązaniem własnego nazwiska z tymi klimatami, planuje sezon drugi i nadal liczy na film, obiecuje Goro i Kabala. Drugim punktem, którego chwyta się tonące pragnienie porządnego Mortala jest fakt, że odcinek finałowy nie został wyemitowany. Czy Cyrax i Sektor, robo-ulubieńcy fanów, zdołają podciągnąć oceny w górę? Czy odcinek został zachowany na ComicCon, bo jest aż tak wywalony w kosmos i efektowny? Czy zawiązanie akcji nada choćby ślad spójności, której projekt desperacko potrzebuje?

I męczy się człowiek pytaniami. A na razie jest lekki zawód. Fajnie się oglądało, nikt temu nie zaprzeczy. Serial był trafiony, świadczy o tym imponująca oglądalność i żywe dyskusje internautów. Ale oczekiwania? Niespełnione. A przecież nikt nie chciał wiele, w końcu chodzi tylko o tłuczkę dobrych gliniarzy ze złymi psychopatami i radość z odkrywania starego w nowej oprawie.

Brak komentarzy: