poniedziałek, 28 listopada 2011

Jak żyć (i przeżyć) z rozwydrzoną platynowłosą wariatką?


Każdy komiks publikowany w Sieci jest wydawnictwem niezależnym - to zdanie dalekie od prawdy nie jest, pomijając internetowe imprinty i jakieś promowane/sponsorowane inicjatywy. Tą niezależność wielu twórców sobie ceni. Co więcej, w necie (relatywne) łatwiej zdobyć dużą ilość czytelników niż przy powiedzmy wydaniu swojego komiksu w małym, niszowym wydawnictwie. To, ile pozyska się fanów zależy tu wszak bardziej od samego artysty i jego starań, a nie od możliwości publikującej go firmy. Można też zaryzykować, że w Internecie można z powodzeniem zaproponować dziełko, które w klasycznym obiegu "papierowym" miało by trudności - nie z powodu, że jest do niczego, ale bo jest trudne do klasyfikacji, dziwne (a jak wydawca nie wie z której strony coś ugryźć i jak to promować, szanse publikacji drastycznie spadają) lub traktujące o rzeczach, o których będzie chciała czytać wąska grupa osób. I to działa - jest wiele przykładów rzeczy, które trafiłyby na półeczkę indie i tylko do miłośników, a w necie egzystują z powodzeniem, zbierają tłumy fanów i przynoszą artyście rozpoznawalność i, nierzadko, pieniądze. Przykładem niezależnej artystki, która w Sieci z powodzeniem realizuje się twórczo, może być niewątpliwie Australijka Trudy Cooper.

Trudy powinna być doskonale znana jako twórczyni megapopularnego Oglafa, czyli przeglądu seksualnych perypetii i dramatów mieszkańców baśniowego świata fantasy. Prezentowanie porno komedii tak, żeby była lekka, zabawna i przyjemna to ciężkie zadanie, a Cooper wywiązuje się z niego świetnie, wykazując się poczuciem humoru, talentem rysowniczym, inteligencją i... skłonnością do wymyślania tak wymyślnych i perwersyjnych sytuacji wysoce erotycznych, że nie dorównałaby jej nawet drużyna kilkunastu napalonych miłośników porno płci męskiej (jak ktoś potrafi dodać do fantastycznego bestiariusza choćby taką istotę, jak cumsprite, to wiadomo, że mózg ma pełen "zboczeństw"). Mimo, że Oglaf jest zasłużenie hołubiony i rozpoznawalny, nie jest pierwszym i właściwie nawet "głównym" komiksem sieciowym tej autorki. Dużo wcześniej, bo już w 1994, zaczęła tworzyć absurdalną komedię, hmm, przygodową Platinum Grit. Wpierw był to komiks publikowany na papierze (debiutował niekanonicznym numerem zerowym w magazynie Issue), przez niezależne i mało znane wydawnictwo Dead Numbat Productions, ale po dziesiątym numerze (199) autorka dała sobie spokój i postanowiła przenieść całość na poletko internetowe. Przyniosło jej to popularność jeszcze przed Oglafem i nie bez powodu, bo to wyjątkowa, zabawna i przemyślana pozycja. O czym dalej. Należy też wspomnieć, że choć Trudy i rysuje, i pisze scenariusze swoich dziełek, przy Platinum Grit w tym drugim pomaga jej aktor i pisarz Danny Murphy. Moim zdaniem piętno osobowości Trudy jest dominujące, ale to nie znaczy, że wkładu kolegi nie widać. Dość powiedzieć, że jedna z najciekawszych postaci jest w dużej części przez niego  właśnie wymyślona (i trochę nawet bazująca na nim, jak przyznał). Przez jakiś czas pomagał też inker Doug Bayne, pracownik stacji telewizyjnej ABC. Dobra, wstęp za nami, teraz czas na danie główne.

Obrazek należy do Trudy Cooper i Danny'ego Murphy (źródło: Comic Vine)

Jeremy MacConnor jest szalenie statecznym, nieśmiałym młodzieńcem, który niewiele w życiu osiągnął i większych ambicji w sumie nie ma. Wychowany bez rodziców w Szkocji przez wujka Angusa i bardzo zdziwaczałą ciotkę Lotte, poszedł w ślady tego pierwszego i został fizykiem... teoretycznie, bo poznajemy go, gdy pracuje w kafejce Platinum Grit, prowadzonej przez niezwykle niemieckiego Niemca Zeigfrieda. Wydawałoby się, że tego typu koleś nie powinien mieć ciekawego i pełnego niespodzianek życia. Błąd. Jeremy ma mnóstwo typowych i dużo więcej nietypowych perypetii, a większość z nich wynika z tego, że dzieli mieszkanie z niejaką Nils. Ta jasnowłosa seksbomba to chodzące kłopoty. Jest impulsywna, rozkapryszona, ma mnóstwo szalonych pomysłów, nienawidzi się nudzić i nie potrafi usiedzieć spokojnie sekundy, a do osiągnięcia różnych korzyści własnych uwielbia wykorzystywać Jeremy'ego. A, i regularnie go bije! Problem jest głębszy - Jeremy podkochuje się w niej, a raczej kocha szaleńczą, naiwną i absolutnie ślepą miłością. Nie bardzo potrafi coś z tym zrobić - wujek Angus bardzo dobrze sprawdzał się w przekazywaniu wiedzy o fizyce i majsterkowaniu przy różnych wynalazkach, natomiast jeśli chodzi o dziewczyny i "te sprawy" edukowanie szło mu gorzej niż tragicznie. Dlatego Jeremy z chęcią daje się zdominować pod każdym względem (oprócz seksualnego i jest chyba jedyną osobą na świecie, której Nils nie ma zamiaru nigdy, przenigdy w łóżku gościć) przyjaciółce i choć wolałby stabilizację i nudę, pakuje się w dziwne i potencjalnie niebezpieczne akcje, byleby mieć ją zawsze przy sobie. Poważne problemy zaczynają się, gdy Jeremy dostaje wiadomość, iż niebawem odziedziczy zamek swojej rodziny w Szkocji. Nils oczywiście zapala się do pomysłu - kto nie chciałby mieć na własność zamku? Jednak dalej robi się gorzej. Okazuje się, że ciocia Lotte umrze, bo... Wodnik postanowił rzucić robotę znaku zodiaku i w konsekwencji wszystkie osoby urodzone pod tym znakiem kopną w kalendarz za parę dni. Jeremy też jest Wodnikiem, więc spadkiem raczej się nie nacieszy. Co gorsza, zjawia się także drugi łasy pretendent do rodzinnych dóbr - kuzyn Dougal, wielki szkocki barbarzyńca od dziecka prześladujący naszego bohatera. Szybko okazuje się też, że jest on... nieśmiertelny. Szkoci czasem tak mają, jak uczył nas film, z którego zapożyczono ową upierdliwą właściwość. Jeremy może tylko czekać, aż zginie w pojedynku z nim lub przez kaprysy konstelacji gwiezdnych. Musi walczyć z przeznaczeniem, choć nie wie za bardzo jak, a Nils bardziej przeszkadza niż pomaga. A to dopiero początek... dość powiedzieć, że tylko w pierwszym numerze (6 epizodów) czekają go kłopotliwe spotkania z między innymi intergalaktycznymi swatkami (nie wysyłajcie głupich wiadomości w przestrzeń kosmiczną!), detektywem uważającym się za protagonistę powieści noir (którą sam pisze), sukkubami przybierającymi postać ilustracji z podręczników RPG czy dziennikarką, która potrafi przejechać cztery kontynenty samochodem... bez przekraczania oceanu!
Obrazek należy do Trudy Cooper i Danny'ego Murphy (źródło: Comic Vine)
 Jak można wnioskować z powyższego streszczenia, mamy do czynienia z komiksem wariackim, absurdalnym i szalenie chaotycznym... tak, pierwsze epizody raczej utwierdzą to przekonanie, bo dzieje się dużo, szybko, nagle i bez dbanie o logikę czy realizm. W uniwersum Platinum Grit może zdarzyć się wszystko i przytrafi się stuprocentowo protagoniście. Czytając można też się zastanawiać, czy jest w tym jakaś fabuła, czy to tylko kawalkada coraz dziwniejszych wydarzeń. Scenariusze wyglądają tak, jakby ktoś wybrał surrealistyczną ideę jako punkt wyjścia, a potem uzupełniał ją szeregiem losowych i jeszcze bardziej wydziwaczonych zdarzeń. Gdzieś tak w numerze drugim czytelnik zorientuje się jednak, że spójna (na tyle, na ile może być w świecie, w którym nonsens jest podstawą rzeczywistości) i co ważniejsze pełna tajemnic intryga. I, że była ona od początku, tylko późno dała się zauważyć. Głównym wątkiem jest przeszłość i, że tak powiem, przyczyna istnienia biednego Jeremy'ego. Klan McConnorów jest bowiem wielce enigmatyczną osobliwością o złowieszczych celach, a Jeremy okazuje się centrum (nie do końca udanego) mistyczno-naukowego eksperymentu swojej familii. Co wyjaśniałoby, dlaczego ciągle zdarzają się mu nadnaturalne wypadki i czemu zamek wydaje się przystosowywać się do swojego właściciela. Ciekawa intryga rysująca się pod akcją właściwą stanowi ciekawe uzupełnienie i zrównoważenie dziwacznych przygód bohaterów i scenek z ich pokręconego życia codziennego. Powoli robi się też coraz istotniejsza, by w trwającym epizodzie czwartym przejąć władzę nad komiksem. Ale pomysł na fabułę to jedno, ale ważne są też postaci. Tu pani Cooper też nie zawodzi, oj nie.
Obrazek należy do Trudy Cooper i Danny'ego Murphy (źródło: Comic Vine)
Bohaterowie historii, stwierdzę już na początku, są żywi, charakterystyczni, zabawni i wielowymiarowi. Jeremy, mimo swojej bierności i pogodzenia z rolą popychadła, jest dużo głębszym protagonistą, niżby się wydawało. Przede wszystkim jest świadomy na jaką skalę wykorzystuje go piękna współlokatorka, mimo to nie potrafi nie patrzeć na wszystko przez pryzmat relacji z nią i jej potrzeb. Potrafi być też uroczy i, kiedy potrzeba, zająć się problemem używając rozsądku i naukowych metod. I choć jest gigantycznie nieporadny, znerdziały i ciągle trzeba ratować go z opresji, na pewno nie można odmówić mu pewnej dozy charakteru. Gwiazda komiksu, Nils, została już opisana, ale wypada dodać trochę o niej. Nilson myśli głównie o własnych przyjemnościach, będąc gigantyczną egoistką i nie mając żadnych rozterek względem pakowania Jeremy'ego w coraz większe tarapaty. Jest wolnym duchem aż do granic rozsądku, liczy się dla niej dobra zabawa i nic więcej, kompletnie prycha na konwenanse i zasady. Ale trzeba też zauważyć, że w pewien specyficzny sposób dba o swojego przyjaciela. Owszem, zwykle ma głęboko w poważaniu jego losy i dramaty, zajmując się ciekawszymi sprawami, ale kiedy trzeba go wyratować z opresji, staje do walki z furią berserkera, a gdy Jeremy'ego nie ma w pobliżu, jej życie zdaje się tracić sens i smak, co bardzo jej się nie podoba. Dołączająca do dwójki przyjaciółka/była kochanka Nils, dziennikarka Kate, to z kolei sarkastyczna feministka, stojąca twardo na ziemi osóbka, która do wszystkiego ma zdroworozsądkowe i analityczne podejście. Jest bardzo sympatyczna, ludzka w tym, że przerastają ją dziwaczne sytuacje wokół znajomych.Ma szansę stać się ulubioną bohaterką każdego czytelnika. I choć szlaja się z Nils, jako jedyna dostrzega ogrom szaleństwa dziewczyny i to, przez co przechodzi Jeremy (do którego, jako rzadkiego egzemplarza porządnego faceta, czuje lekko miętę), próbuje trochę temu zarazić i wyciągnąć chłopaka ze szponów zaborczej, nie chcącej odwzajemnić jego uczucia przyjaciółki. Dynamika relacji trójki jest zajmująca, przynosi wiele zaskoczeń i ogrywa schematyzm, który mógłby rodzić się z użycia typowej parki niezręcznego nerda i stukniętej dominatorki. Ale postacie poboczne to też galeria niespotykanych indywiduów. Mamy do cna szurniętą rodzinkę MacConnorów, z bełkotliwą i ciągle zbierającą się na tamten świat starą ciotkę. Jest też gadająca jamajskim slangiem szafa (!), też w sumie członek rodziny. Jest zaprzyjaźniony lekarz, kurujący Jeremy'ego po różnych wypadków i enigmatycznie związany z konspiracją wokół protagonisty. Pojawia się matka Kate, bardzo twarda i zdecydowana kobieta, i jej sympatyczny brat, gej o wielkim sercu i jedyne lekarstwo na  bolączki dziewczyny. Cholera, nawet prosiak Artur, którego Jeremy wygrał w "świńskim lotto" jest całkiem zarąbistą postacią. A przeciwnicy i inne dziwadła... cóż, nie będę wiele zdradzał, ale takie postaci jak szalona pracowniczka zoo (w którym, w wyniku próby ukradnięcia foki przez Nils i Jeremy'ego... eksplodowało sporo zwierząt), mszcząca się jednocześnie kręcąc amatorski dokument o swoim "nemezis", zapadają w pamięć.
Obrazek należy do Trudy Cooper i Danny'ego Murphy (źródło: Comic Vine)
Pora skrobnąć coś o humorze, bo mimo intrygi w tle rozgrywanej dość na poważnie, jest on nieodłączną cechą Platinum Grit. Należy dodać, że choć nadal niepokorny, nie jest on ani tak przewrotny, ani tak "gagowy" jak w Oglaf. I choć kontekst seksualny pojawia się, w końcu to Trudy Cooper, to ciężar przesuwa się raczej na wariactwa świata przedstawionego. Absurdyzm rzeczywistości i dowcipu pożyczono prosto z Wielkiej Brytanii, dokładniej ze skeczowego show The Goodies. W tym stylu utrzymane są śmieszne sytuacje realne, ale przede wszystkim wariackie perypetie z plejadą nie mniej szalonych kreatur (co powiecie na przykład na długorękiego ducha z mackami, podróżującego przez rury instalacji hydraulicznej, reagującego na krew Jeremy'ego i zwalczanego za pomocą... moczu - polowanie na tą maszkarę to jeden z lepszych momentów komiksu). Mimo oparcia humoru właśnie na tym, mamy też inne metody rozśmieszania. Co ciekawe rodzaj żartobliwości przystosowuje się do postaci obecnych w danym panelu. Przygody Jeremy'ego i Nils cechują się humorem sytuacyjnym, ale już wspólne działania Kate z koleżanką opierają się na przezabawnych dialogach, dzięki czemu mamy takie wymiany zdań jak wyjaśnienia na komendzie policji (Kate: Przepraszam za moją koleżankę, nie mówi zbyt dobrze po angielsku. Nils: Wychowały mnie wilki) czy znakomite one linery (Nils, przeszukując pewną skrzynię: Okulary, bielizna, pusta butelka po wódce? Czuje się jakby moje życie przelatywało mi przed oczyma.). Jest też sporo humoru językowo-narracyjnego. Ten pierwszy człon przejawia się także w mnogości fonetycznie zapisanych akcentów, niekiedy ciężkich do zrozumienia nawet osobom znającym angielski (Szkoci są jak prawdziwi Szkoci pod tym względem), ale dokładających się do specyficznej atmosfery komiksu. Ale najlepsze są stylizację wchodzące, gdy których z bohaterów przejmuje narracyjną pałeczkę. Kate na przykład opisuje rzeczywistość w zgorzkniałej, przerysowanie antymęskiej dziennikarskiej gwarze. Detektyw Jack Leaderboard zaś używa pierwszoosobowej narracji rodem z powieści noir, z tym, że wymyślne, chandlerowskie porównania nie do końca mu wychodzą (przykład podam w oryginale, by uszczknąć nic z dowcipności - she had a voice like deep-fried honey and her body was like relief map covered in bullseyes). Jeśli miał bym wybrać najzabawniejsze fragmenty, byłyby to właśnie te przestylizowane narracje, świadczące przy okazji o sporym talencie literackim scenarzystów.
I jak widać - chociaż komiks jest (zwykle) z wyczuciem zabawny, nie nastawiony na wywoływanie tępego brechtu, okazji do pośmiania się w czasie lektury mnóstwo.
  
Obrazek należy do Trudy Cooper i Danny'ego Murphy (źródło: Comic Vine)
Na koniec rysunek. Oczywiście mistrzowski - czytelnikom Oglafa nie trzeba tego mówić. Główną inspiracją jest komiks europejski, ale rys autorski szybko niweluje większość skojarzeń. Wszystko jest ładne, czytelne, dynamiczne i szczegółowe. Co ciekawe, Trudy bardzo zróżnicowanie projektuje tu swoje postaci. Nils jest klasycznie "oglafową" seksowną babką, z odpowiednio eksponowanymi krągłościami i wielkimi ustami. Nosi też różne skąpe, nierzadko fetyszowe ciuszki (pielęgniarka to dobry przykład, ale poczekajcie aż zobaczycie jej strój ogrodniczki...), nie rozstając się jedynie z czarnymi rękawiczkami. Jest też, na mój gust, w sposobie rysowania trochę widoczny fakt, że inspiracją stojącą za tą postacią jest główna bohaterka Tank Girl, ale spokojnie - nadal to dużo bardziej Cooper niż teledysk Gorillaz. Jeremy z kolei jest bardziej karykaturalny, jego głupie mini i sposób ekspresji mi kojarzą się nawet trochę z mangą. Ciapowatość postaci podkreślają dziwne ciuchy, z czapką Legii Cudzoziemskiej na czele.Nie jest on też przedstawiany jako brzydki, zwłaszcza zmarnowany i niedogolony wydaje się przystojniejszy (więc panie też mają bonus). Kate to zaś kreska bardziej realistyczna, w ogóle nie przerysowana, co także podkreśla charakter postaci. Fantastycznym kreaturom wiele odmówić nie można - wszystkie są wielce oryginalne (Znaki zodiaku! Koszmar hydraulika! Kosmici!) i pięknie sportretowanego. Jeśli jesteśmy przy grafice dodam, że mimo charakterystycznego rozerotyzowania kumulującego się w Nils, golizny i porno jest zaskakująco mało, a mocniejsze scenki ucina się przed graficznymi "momentami". Tak czy siak - od tej strony komiks prezentuje się doskonale i szkoda tylko, że nie jest kolorowy (w Oglafie wszystko przyjemnie barwne). To rekompensują przynajmniej prześliczne okładki rozdziałów.

Obrazek należy do Trudy Cooper i Danny'ego Murphy (źródło: Comic Vine)
Platinum Grit nikt chyba nie ma szansy się zawieść. Jest tu coś dla każdego - absurd, wariactwo, dobry humor, wcale skomplikowana fabuła, brak tabu, fajna niszowa otoczka, pełne werwy postaci z duszą i fanserwisowa dzikuska paradująca po niemal każdym panelu. Zdecydowanie warto - mimo, że komiksów sieciowych w tej stylistyce jest legion, ten zdecydowanie znajduje się na samym szczycie listy. Wady? Jedna poważna - częstotliwość ukazywania się. Oglaf, obecnie popularniejszy, ukazuje się często, a Platinum Grit ma ogromne luki. Trzyletnia przerwa między epizodem 11 i 12? Masakra.Obecnie zresztą znów od roku nic się nie pojawiało, podobno z powodu pracy nad nową formą prezentacji. Nie do końca to kupuję, bo stronka estetyczna, uporządkowana wedle numerów i epizodów oraz wygodna (do przeglądania potrzebny co prawda plugin Adobe Shockwave, ale flashowe wykonanie bardzo sympatyczne). Może chodzi raczej o badanie terenu z okazji papierowych reedycji, wydawanych od początku 2011 roku. Tak, Platinum Grit dostał się pod skrzydła Image Comics, a dokładniej Shadowline. Zasłużenie i cieszy, że teraz doczeka się naprawdę porządnego, nie aż tak niszowego wydania, ale szkoda by było, jeśli Cooper z tej okazji porzuciłaby publikowanie w necie, bo komiks po prostu świetny i niezwykle przyjemy w odbiorze.
 Polecam!





P.S.

Staram się nie dublować tematów z witrynami, które czytam praktycznie codziennie, więc tylko nakieruję. Io9 napisało w swoim webcomicowym cyklu o komiksie The Fox Sisters. Jest to autorskie dzieło kolorystki pracującej dla Marvel, Christiny Strain, i zapowiada się straszliwie intrygująco. Klimaty bardzo moje, a jednocześnie rzadko spotykane - historyczne realia Korei Południowej w latach 60-tych, legenda o azjatyckim demonie - lisie o dziewięciu ogonach - jako tło, trochę obyczajówki, dramat dziewczyny, która straciła rodzinę przez potwora i trochę tła religijnego, ze spotkaniem chrześcijaństwa i lokalnych tradycji włącznie. Plus bardzo ładne wykonanie graficzne. Komiks dopiero ruszył i obecnie, do grudnia, został na trochę zawieszony - idealna chwila, żeby się zapoznać i dodać do zakładek. Może kiedyś, jak fabuła na dobre ruszy, coś jeszcze skrobnę, a na razie ZACHĘCAM.

P.S 2

Drugi z wyjątkowych komiksów, które miałem prezentować w weekend, będzie omawiany "na tygodniu". Przyczyny obsuwy rozliczne, a znajdują się wśród nich delikatne zmęczenie materiału, KSW (Khalidow... just wow), duże ilości wódki oraz oglądane dziś dwukrotnie Wino Truskawkowe (a w ogóle TVP Kultura dziś robi maraton filmów z Marianem Dziędzielem, a, jak mawia jeden z członków mej rodziny, żeby stworzyć dobre polskie kino jest potrzebny tylko Dziędziel i butelka wódki).
Muszę się w końcu nauczyć, coby pod żadnym pozorem nie wypisywać tu co i kiedy wrzucę. Sorry folks ;)

1 komentarz:

Rusty Angel pisze...

"Szkoci tak miewają" mnie rozwaliło. :D