czwartek, 9 lutego 2012

8-bitowa Masakra Brązowym Kulturystą


Nie chcę generalizować, ale zapewnię duża część osób, które będą to czytać, miały coś w życiu wspólnego z ośmiobitowymi komputerami i konsolami. Na pewno w moim pokoleniu - pierwszą konsolą każdego był przecież Pegasus, nie mówiąc już o Atarynkach czy Commodore 64 w kwestii komputerów domowych. Ale Pegasus. Jak pewnie wszyscy wiedzą, była to piracka wersja konsoli Nintendo Entertaiment System, zwanej w Japonii Famicomem. Absolutnie esencjonalnej dla rozwoju gier wideo i pchającej branże w swoim czasie mocno do przodu. A dzięki temu, że Pegasusa dało się kupić na każdym bazarku w rozsądnej cenie, tak samo kartridże z grami, mogliśmy poznać wiele kultowych tytułów NESa - od Mario czy Contry do różnych Dizzych czy Big Nose'ów, chyba jednak bardziej u nas zapamiętanych. Oczywiście, skoro wszyscy kochamy takie retro, jego bohaterów, a chiptune'y nasze uszy uwielbiają, w Sieci pojawia się mnóstwo trybutów i zabaw czy to z pamiętnymi grami, czy to z samą estetyką 8-bit. Ale mało który jest tak mocarny, jak wypuszczona niedawno flashowa gierka Abobo's Big Adventure. Dlaczego? Choćby dlatego, że dzięki niej nie tylko możesz jeszcze raz zanurzyć się w ośmiobitowy świat, ale... dosłownie rozwalić go na drobniutkie, pikselowe kawałeczki.



Była sobie taka gra walki Double Dragon. Pewnie znacie, co? A w niej był Abobo - opalony paker z wąsami, który pełnił rolę dużego gościa do wykończenia w finale paru etapów. Pan charakterystyczny był, ale na herosa się nie nadawał... i się raczej nie nadaję. Za to zna się na kultywowaniu masy mięśniowej, urywaniu głów i szerzeniu ogólnie pojętego chaosu. Te umiejętności będzie musiał wykorzystać, gdy nieznany sprawca porwie mu syna, Aboboya, który trzeba powiedzieć, w tatusia się wrodził (albo w grę wchodzi klonowanie). Aby odzyskać potomka i wymierzyć sprawiedliwość niczym przybrązowiona machina śmierci, Abobo będzie musiał zagłębić się w NESowy półświatek i sprać legiony jego mieszkańców. Zapewniając każdemu retro geekowi przed ekranem mnóstwo dobrej zabawy.

Nostalgia zaczyna się już od tytułowego ekranu i nie opuści nas nawet na sekundę. Zarówno tereny zmagań, jak i wszelkie postaci wycięto prosto z najlepszych gier lat dawnych. Co więcej, zachowano ich mechanikę - wszytko, co mamy, to dwa przyciski i kierunki, a każdy etap parodiuję w tym względzie jakąś kultową produkcję. Przemierzymy więc ocean w stylu Super Mario, spotkamy się z pewną paskudną kreaturą ziemnowodną na wrestlingowym ringu, zwiedzimy labirynty rodem z Zeldy czy udamy się w balonowy pościg przez niebezpieczne przestworza Baloon Fight. Samo kopiowanie gier byłoby niezbyt kreatywne, dlatego w każdym poziomie atakują nas przeciwnicy z tysiąca innych bajek - tylko tutaj będziecie wymieniać ciosy z Donkey Kongiem, by za parę minut nauczyć pokory gostka z River City Ransom (kult!) czy odpierać fale przeciwników rodem z Ghouls'n Ghosts. Twórcy nie ograniczali się do używania gotowych pikseli - sporo tu dodatków własnych, od śmiechogennych animacji przerywnikowych, przez Rage Attacks (czyli miotące wszystko, co szlaja się po ekranie przejawy furii uwalniane dzięki napełnianiu paska pod miernikiem życia naszego bohatera) , do dodatkowych przeciwników jak rekin z laserem na łbie (groza) czy gargantuiczna wersja tego starego kolesia z Zeldy, co dawał Linkowi miecz. Atrakcji jest sporo, a każdy, kto choć raz ściskał NESowy/pegasusowy kontroler, powinien się poczuć jak ryba w wodzie.

Ale Abobo's Big Adventure to nie tylko hołd na zasadzie zmasowanego ataku NESowych ludków, to także swoista parodia. Prawda, humor do wyrafinowanych nie należy, za temat biorąc sobie głównie robienie krzywdy wszystkiemu w efektowno-jajcarski sposób oraz fizjologię, ale nie o to tu chodzi. Abobo zresztą nie jest na pewno delikatnym, potulnym typkiem lubiącym dobra książkę i zasłuchanym w Mozarcie, więc wszystko jest na swoim miejscu. Śmieszy zachowanie bohatera - Abobo rozwali niemal wszystko, zje niemal wszystko (np. regeneruje się jedząc... urwane głowy małych dziewczynek, yikes!) - a i wrogowie delikatni nie są i pokażą nam chętnie faka, a potem będą zarzucać dziwno-zabawnymi obelgami (level balonowy tu bryluje). Czysto rozrywkowego, satysfakcjonującego defragmentowania rzeczonych łotrów co niemiara, a postronnym też się oberwie - widowiskowe, krwawe akcje to esencja tej gry. Drugim pasem transmisyjnym dowcipów są popkulturowe nawiązania - wypatrywanie postaci znanych i mniej znanych z czasów NESa to jedno, ale na dalszym planie i w samej strukturze gry uważne oko wyłapie sporo innych smaczków, choć tu znaczenie ma znajomość poszczególnych tytułów. Humor sytuacyjny śmieszyć będzie już każdego - opcje dostępne przy spotkaniu z syrenką (polecam obaczyć wszystkie) czy wzruszająca jak wyciskacz łez rodem z Hollywoodu animacja spotkania Abobo z synem to przykłady. Trzeba też zauważyć, że autorzy rozszerzyli nostalgiczne puszczanie oka na właściwie całe lata 80-te i nie tylko - wypatrujcie więc tuzów takich jak Rambo, Ivan Drago czy... Toxie z Toksycznego Mściciela! Nice! Na ekranie dzieje się sporo i dzieje się fajnie, więc jak już zaczniecie grać, to szybko się nie oderwiecie. A gdy zobaczycie, kto stoi za porwaniem syna Abobo... oj, będzie przepona bolała, będzie.


Abobo's Big Adventure to wyjątkowa, zabawna i satysfakcjonująca podróż w czasie. Przechwałki twórców, że to "Ultimate NES tribute" całkowicie zasadne, a w grę włożono tyle miłości, że aż emanuję ciepłem z ekranu (a może to tylko temperatura latających na wszystkie strony strzępów pikselowych gostków?). Roger Barr, twórca komediowego portalu I-Mockery, wraz z kuplami-entuzjastami Nickiem i Luisem, tworzył tą grę od 2002 roku, a ogrom pracy widać - twórcy naprawdę postarali się, by każdy fan NESa był zadowolony, by gra była satysfakcjonująca i pełna rajcownych odniesień do wszystkiego, co gracze i nerdy kochają. Pomogło doświadczenie profesjonalne, panowie zrobili mnóstwo flashowych gierek i dzięki temu nie jest to krzywo sklecona amatorka - mamy do czynienia z pełnoprawną grą o przyzwoitej długości (teoretycznie da się rozwalić w godzinę z hakiem, ale gry na NESa były trudne, o czym świetnie przypominał ostatnio Misiael, więc ci z padem nie przyklejonym na stale do palców pobawią się dłużej - a są jeszcze sekrety). Zresztą popularność i zainteresowanie grą mówią same za siebie. Mogliby spokojnie sprzedawać to na Steamie, Live'ie czy PSN, więc chwała im za to, że wolą to dać za darmo internetowej braci. Także grać, grać, grać! Czy lubicie postrzelać, pobiegać po RPG-owych lochach, polatać czy pobić kogoś w ringu, Abobo dostarczy wam radochy w humorystycznym ujęciu i w rozkosznie staroszkolnym klimacie. Boskie!







Brak komentarzy: