środa, 14 września 2011

Czarno-biała groza rozciętej wargi


Tematy i dziełka horrorowe pojawiają się na tym blogu podejrzanie często. Ale cóż poradzić, jak klimaty grozy bliskie znerdziałemu autorowi wpisów od dziecka? Ostatnio opisywałem sieciową antologię okołohorrorową i dziś będzie podobnie. I chociaż od Black Box TV zbiorek omawiany poniżej różni się bardzo - zaczynając od oczywistej odrębności medium, bo tym razem będzie to komiks sieciowy, to można mniej lub bardziej na siłę doszukać się punktów stycznych. Na przykład w tym, że mimo epizodycznej, zbiorkowej konstrukcji, za scenariusze i tam i tu odpowiada praktycznie jedna osoba. I w tendencji  nawiązywania do klimatów klasycznych horrorowych antologii, także w celach reklamowych - nie bez powodu w nagłówku strony autor Split Lip wrzucił cytat z recenzji na portalu io9, głoszący "odpowiedź komiksu sieciowego na Strefę Mroku". I oczywiście, jest to blurbowanie, ale szperaczom z io9 należy zaufać - co sobotę na stronce prezentują cykl artykułów, w którym polecają najambitniejsze i niestereotypowe komiksy Internetu o tematyce okołofantastycznej (który oczywiście serdecznie polecam). W każdym razie, jeśli miałbym jednym słowem określić Split Lip, użyłbym wyrazu "elegancja". Zdecydowanie, największym atutem tej antologii jest fakt, że prezentuje ona właśnie eleganckie, przyjemnie staroszkolne opowieści niesamowite.


Logo należy do Sama Costello

Trzeba przyznać, że Sam Costello, autor wszystkich historyjek zawartych w ciągle powiększającym się komiksowym zbiorku, predyspozycje do pracy ze słowem pisanym wybitnie posiada. Zjadł zęby na publicystyce - artykuły tworzył dla informacyjnych portali, jak CNN.com; pozycji dotyczących technologii, gadżetów i komputerów, jak PC World; magazynów "gatunkowych", jak choćby Rue Morgue; a także do periodyków związanych z kulturą alternatywną (i w tej kategorii uznanych) Punk Planet czy Bitch. Ma także na koncie ebook, w którym zawarł parę zwięzłych rozmów z kilkoma mniej lub bardziej uznanymi postaciami (na przykład z autorem boskich 30 Dni Nocy) o... strachu. Spisał też dwie dość nietypowe autobiografie. Jeśli chodzi o fikcję, oprócz paru opowiadań we wspomnianym Punk Planet, Costello pojawiał się głównie w antologiach komiksowych (od oczywistych, jak Cthulhu Tales, do nieco mniej, jak zbiór interpretacji piosenek ludowych). Nie jest tego wiele - zresztą, to właśnie trudności z ubieganiem się o publikacje zaważyły na tym, że zaczął się twórczo udzielać w Internecie. W każdym razie, jest to człowiek doświadczony i o szerokim spektrum zainteresowań. 

Tylko jak to się ma do tworzenia antologii horrorowej? Widać pozwala na znakomite wyczucie tego, co się robi i jak należy grozę podawać. Choć historyjki są bardzo różne, każda spełnia wszelkie normy klasycznego pojmowania horroru - takiego  bliższego Poe'mu, Lovecraftowi, czy, ze współcześniejszych autorów, wczesnemu Kingowi ( no i, pójdźmy na łatwiznę, Strefie Mroku w sumie też), niż eksperymentom czy splatterpunkowi (choć fani gore tez znajdą parę kadrów dla siebie, odciętych kończyn i groteskowych okaleczeń, choć nie są sensem żadnej historii, jest niemało). Groza jest zawsze personalna, skupiona na bohaterze. Liczy się przede wszystkim nastrój, emocje i przewrotny, pobudzający wyobraźnie finał, niż rozbudowana fabuła. Spektrum tematyczne także znane - sprawiedliwość zza grobu sąsiaduje z lękiem przed utratą bliskich, wizje przerażającej prawdy kryjącej się za dziwnymi przypadłościami i szaleństwem przedstawiane są obok monstrów  w  najmniej oczekiwanym momencie wkraczających w życie zwykłych ludzi. Przez takie podejście, niektórym propozycje Costello mogą się wydać nieco ramotkowe, ale każdemu, kto tęskni za dawnymi opowieściami niesamowitymi, przypadną do gustu. Zwłaszcza przy perfekcyjnie dostosowanym sposobie ukazania. Mimo, że do ilustrowania opowieści scenarzysta zaprosił kilkudziesięciu rysowników ze wszystkich stron świata, od Urugwaju po Bułgarię, strona wizualna jest zaskakująco spójna - niekoniecznie dlatego, że wszystko jest czarno-białe (kolor, jeśli występuje, to tylko czerwony). Kreski są i realistyczne, i powykrzywiane, i trochę bardziej umowne, ale wszystkie uderzają w tą samą tonację. Służą przede wszystkim oddaniu niesamowitości, zanurzonej w ciemności rzeczywistości i jej załamań, a także psychicznych i fizycznych katuszy postaci. Rolę podrzędną wobec przyjętej przez autora konwencji pełni także czas i miejsce akcji  - mamy historie westernowe, z lat 20-tych, osadzone na amerykańskiej prowincji, w powojennym Paryżu, w meksykańskim mieście występku Juarez, na środku oceanu, a także we współczesnych miastach (z użyciem do straszenia nowoczesności, jak choćby komórek czy aparatów fotograficznych). Nie ma to jednak znaczenia, choć realia oddane są bardzo skrupulatnie, w obliczu spójności ich atmosfery. Costello po prostu wie, co chce robić, jakie są jego inspiracje i jak dobierać środki, by osiągnąć podobny klimat, ale nacechowany rysem indywidualnym. Widać to w narracji - oczywiście, obrazki są podstawowym narzędziem, ale elementy tekstowe wprowadzane są w sposób literacki, bliższy opowiadaniu. Widać to w graniu niedopowiedzeniem - wiele tu otwartych zakończeń, autor nie sili się też na wyjaśnianie wszystkiego. Widać także w dbaniu o konstrukcję utworu - zostawianiu delikatnych tropów, które w całość ułożą się dopiero w finale, przyspieszaniu lub spowalnianiu akcji, dbaniu o charakterystyczny rys każdej pojawiającej się postaci. To wszystko składa się na ową elegancję, o której wspominałem. I pewnie te czynniki decydują, że z komiksem obcuje się z zainteresowaniem, a także o tym, że jeżeli ktoś go recenzuje, to zawsze pojawiają się wysokie noty.

Okładka wydania zbiorczego Split Lip (obrazek należy do Shane Oakley'a i Sama Costello)

Jako, że streszczanie trzydziestu pięciu opowiastek jest raczej bezzasadne (i może odebrać przyjemność z lektury), zaproponuję w miejsce tego sześć historyjek, które w moim odczuciu odsłaniają większość atutów Split Lip. Taki może nie the best of, choć wszystkie są bardzo dobre, ale raczej materiał testowy. Drogi czytelniku/czko, jeśli spodobają się ci przynajmniej dwie z nich, możesz w ciemno zacząć lekturę od początku. Jeśli nie podoba się żadna, to inne też nie zrobią wrażenia i klimaty antologii to nie Twoja działka. Jasne postawienie sprawy, prawda? No to jazda.

Prowadzenie domu pogrzebowego w czasach ciągłych trudności ekonomicznych nie jest łatwe. Na szczęście co bardziej zaradni pracownicy znajdą satysfakcjonujący sposób na redukcję kosztów. Gdy jeden z nich zaczyna palić trupy w tajemnicy, pojawia się pytanie, czy godzi się pozbawiać nie mogących się bronić zmarłych chrześcijańskiego pochówku? Odpowiedź nadejdzie wkrótce. Wraz z Apokalipsą.

Szkielet tej historyjki jest dość schematyczny, ale uwagę zwraca ona przede wszystkim znakomitą postacią oportunistycznego asystenta właściciela domu pogrzebowego i zgrabnym wykorzystaniem jednego z bardziej specyficznych motywów religijnych, obecnego zwłaszcza w amerykańskim chrześcijaństwie.

Podrywacz-drań o słodkim uśmiechu i bezbłędnym "gadanym". Męskie rozmowy przy kuflu. Dwie kobiety, które nie są pewne intencji partnera i niemożliwość wyboru między nimi. Raczej dobrze się nie skończy.

Opowieść ta, oprócz świetnego tytułu, wybija się przede wszystkim umiejętnym sygnalizowaniem elementów budujących finał już od pierwszego obrazka. Pokazuje też bardziej oddalone od grozy, stonowane i skupione na dylematach postaci oblicze Split Lip - dość obleśny horror wkrada się dopiero na ostatnie plansze.

Nie warto udzielać schronienia bezdomnym włóczęgom. Każdy z nich może okazać się magiem, który lubuje się w porywaniu kobiet w poszukiwaniu idealnej żony. Mag, jak bywa, poddaje kandydatki próbom. Niepowodzenie oznacza smutny koniec w mrocznej piwnicy. Ale co ma do tego wszystkiego ptak trzymany przez czarownika w klatce?

To dobra demonstracja tego, że do ogólnej wizji Costello dostosowuje się każda obrana konwencja. Mamy tu do czynienia z baśnią, opowiedzianą w odpowiedni dla stylistyki sposób. Nadal jednak mroczną i nastrojową, podaną z odrobiną makabry dla smaku. Takich odchyłów stylistycznych jest w antologii więcej (choćby komiks z narracją... wierszowaną).

Dolegliwość polegająca na niemożliwości rozpoznawania ludzkich twarzy może uczynić wszystko trudnym. Amanda uważa jednak, że radzi sobie całkiem nieźle. Ma pracę, kochającego chłopaka i życie codzienne nie odbiegające od normy. Jak bardzo się myli, dowie się, gdy nagle pojawi się jej wyimaginowana przyjaciółka z dzieciństwa.

Tu mamy przykład grania na emocjach czytelnika. Niby fabuła niezbyt rozbudowana, ale odbiór bazuje na postawieniu się w pozycji bohaterki. Wtedy urwane zakończenie potrafi naprawdę wywołać ciarki na skórze. Plusem jest też pomysł na wizualizację świata z perspektywy Amandy - wszyscy ludzie w jej oczach zamiast twarzy mają coś w rodzaju wyrastających ze skóry i z nią spojonych bandaży.

Co robisz, gdy w twoim domu straszy (poza wezwaniem Ghostbustersów, naturalnie)? Zasięgasz porady rzeczowej specjalistki z komputerowym sprzętem i życiorysem obfitującym w udane odpędzenia paranormalnych gości. Co jednak, gdy duch okaże się mieć nieco inne intencje, niż przypisuje mu profesjonalistka?

Opowiastka ta nie jest zasadniczo horrorem, ale oryginalną wariacją na tłuczony od niepamiętnych czasów w gatunku temat. Niemal każdy klasyczny element "nawiedzeniowy" zyskuje tu inne znaczenie. Zaskakujące odwrócenie schematu i postawienie pytania, czy wszystkie czające się w domostwach duchy muszą być niespokojne zdecydowanie powinno się podobać. Podobnie jak nieco odmienna, skręcająca w stronę bardziej kreskówkowo-przerysowanego ujęcia postaci grafika.

Nigdy nie wiesz, kto jest po drugiej stronie. Tego uczono dzieciaki korzystające z Internetu, ale okazuje się, że już wcześniej, gdy ludzi fascynowała komunikacja radiowa, powiedzonko to mogło okazać się bardzo zasadne.

Jako "zachęcacze" przywołałem głównie dłuższe historie, a Split Lip oferuje także fajne miniaturki. W tej niesamowicie efektywnie wykorzystano pewien mniej znany fakt z pewnej mrocznej biografii prawdziwego potwora. Efekt zerowy, jeśli nie ma się pojęcia, o kim mowa, ale gdy się wie... niezłe, naprawdę błyskotliwa drobnostka.

I to by było na tyle. Czarno-biała groza Costello ma do zaoferowania oczywiście dużo więcej  i choć nie wszystkie odsłony przekonują, to stylowości z pewnością odmówić nikt im nie może (ha, ale jak nie mieć wyczucia w sferze niesamowitości, jak się mieszka w Providence... tak, wiem, bez nawiązywania co chwila do Lovecrafta obyć się nie mogę, co zrobić). Warto rzucić okiem.



Brak komentarzy: