czwartek, 25 sierpnia 2011

Ukażę cię w imieniu... nicości?


Nie trzeba przytaczać ogólnie znanych faktów, ale jeśli Polak z mniej więcej mojego pokolenia ma cokolwiek wspólnego z anime/mangą, to na Czarodziejkę z Księżyca musiał się kiedyś natknąć. Tylko li z powodu, że był to pierwszy szał (obok Polonii 1, ale o tym się mniej wspomina, może dlatego, że były to nie wiedzieć czemu "bajki", a nie "anime") i zwiastun późniejszego wdarcia się japońskiej popkultury w serca nadwiślańskich nerdów (przepoczwarzając co po niektórych w bardziej efemeryczną formę otaku). Można zaprzeczać, zetknął się każdy, jeśli nawet nie bezpośrednio, to przez osmozę od koleżanek z podstawówki. Więc wiadomo o co biega: śliczniutkie mundurki, bąbelkowe supermoce o głupich nazwach; Tuxedo Mask w, well, smokingu i masce; pozy i przemiany, głupotki i dylematy dziewczątek przetykane sieką z monstrami. No, i memetyczny okrzyk przywołany w tytule niniejszego posta. Oczywiście, interesujący się japońską popkulturą wiedzą, że Sailor Moon to popularny przedstawiciel jednego z popularniejszych gatunków magical girls, w którym dzieciątka płci żeńskiej lub lolitki-licealistki bronią świata przed złem w uroczych kostiumikach... i tak dalej. Na skali różowości i słodkości zresztą daleko od najbardziej demonicznych wcieleń konwencji, nawet w znanej w Polsce ocenzurowanej wersji bez lesbijek i co brutalniejszych popisów (za to z dodatkową dawką infantylności w debilnym tłumaczeniu), przemocy i śmierci ukochanych postaci było tam co niemiara. Nie mówiąc o podbudzaniu libido co poniektórych wyrostków przez planetarne wojowniczki rozbierające się przy transformacji - zagadnienie poruszane zresztą w Robot Chicken. Niemniej, "słitaśność" naiwność i schematyzm pewnych gatunków aż kusi możliwością uszczypliwej dekonstrukcji i wrzucenia tego całego majdanu w otchłań mroku, cierpienia i wysokich stężeń emo.

Taki zabieg całkiem niedawno przyniósł zmyślnym Japończykom ze studia Shaft spory sukces. Puella Magi Madoka Magica z miejsca stała się niezwykle popularną i wpływową serią, zwłaszcza jak na niszową produkcję, co udowadnia choćby to, że w pewnych rejonach Internetu nie da się przebywać pięciu sekund bez pojawienia się buźki którejś z bohaterek. Zabieg był prosty - oszukać widza w pierwszym odcinku, że obcuje z do bólu przesłodzoną serią o pastelowych wojowniczkach z podstawówki, by potem zaatakować pokazem najokrutniejszego psychicznego sadyzmu z dziewczątkami jako ofiarami sił iście lovecraftowskich i intryg obcej potęgi tak zimnych i wykalkulowanych, że nawet nieco mrożących krew w żyłach. Okraszając to dawką animacji wykrzywionych rejonów rzeczywistości w stylistyce, która doprowadziłaby do orgazmu niejednego studenta ASP. Nie pozbywając się szkolnej ramy, dziecięcych dylematów i naiwności, kolorowo-dziewczęcej estetyki i pieczołowicie narysowanych śliczniutkich mundurków w sam raz na cosplay (zaiste, ta seria stopniem mieszania robiącego krzywdę żołądkowi przesłodzenia z niepokojącymi rozwiązaniami i pretensjami artystowskimi da się jedynie porównać do szokującego teledysku nowej podopiecznej mojego ulubieńca Nakaty).Zabieg udany -> tytuł Neo Genesis Evangelion gatunku magical girls uzyskany -> zysk. Ale, niezależnie od zapatrywania się na Madokę Magicę i oceny, czy warto przetrawić infantylną bądź co bądź estetykę magical girls dla czasem ryjącego mózg depresyjnego,  kosmicznego horroru czającego się pod nią; takie kombinowanie musi doprowadzić do stworzenia czegoś nietypowego. I oczywiście, wcześniej próbowano, choć może nie tak dosadnie jak w wyżej wymienionej produkcji. Stop, czasem równie dosadnie. W Internecie, oczywiście. Otóż prawie dziesięć lat wcześniej pewien sieciowy wszystkorób - projektant niezależnych gierek, modów do Neverwinter Nights, muzyk i twórca powieści online Stefan Gagne - zaproponował, w oparciu o sprawdzony wzorzec Czarodziejki z Księżyca, wizję magical girls w mackach depresji i ciemności. A przede wszystkim wewnętrznej pustki

W (cholernie) umownej wersji Japonii mieszka sobie Shoutan Himei. Niegdyś fanka animacji o śliczniutkich wojowniczkach, w wyniku splotu wydarzeń staje się jedną z nich. Jako Sailor Salvation posiada wszystko, czego wymaga gatunek - mundurek, świetliste moce, gadającego kota, eleganckiego opiekuna w masce i kapeluszu oraz przebrzydłe monstra rodzące się z ludzkiej ciemnej strony do pokonania. Jednak prawdziwe życie młodocianej wojowniczki nie jest ani trochę cudowne i heroiczne. Pięć lat służby Dobru owocuje tylko zmęczeniem, wycofaniem emocjonalnym, poczuciem braku sensu i wzrastającą brutalnością w rozprawianiu się wrogami. Za kolejny krwisty rozrachunek z monstrum Himei zostaje... wyrzucona z pracy przez swojego tajemniczego protektora. Który, nawiasem mówiąc, jest enigmatycznym draniem, wykorzystującym bezceremonialnie i wykańczającym psychicznie swoje podopieczne. Himei ma nadzieję na powrót do życia normalnej szesnastolatki, ale mimo wypowiedzenia paktu, pozostała jej moc wyczuwania potworów i inne zdolności. Ciągle świadoma zła, nie potrafi nie kontynuować walki. Ale zmieniła się w Sailor Nothing, swoimi atakami dosłownie wymazującą wrogów z rzeczywistości. Transformacja jest uzewnętrznieniem pustki w jej duszy i pragnienia zakończenia tego wszystkiego - a to niestety dopiero początek, bo Ci Źli snują intrygi, w które wciągną Himei, jej koleżankę Aki, szkolną dziennikarkę Shin i paru innych licealistów.

Co sprawia, że wizja Gagne jest ciekawa? Przede wszystkim bohaterka, weteranka wojny, której nie da się zakończyć. Choć jest w niej pierwiastek emo, to dramaty jakie przeżywa są często dużo poważniejsze, niż użalanie się nad sobą. Oprócz wykluczenia ze społeczeństwa i pogardy rówieśników, ma na głowie również syndrom totalnej obojętności wobec świata, przejmującą nienawiść skierowaną we wrogów, poczucie obowiązku wobec bezbronnych mieszkańców (a później rosnącej grupki sojuszników i wtajemniczonych) i świadomość, że jej własne moce mogą pochodzić z tego samego źródła, co potwory. Krótko mówiąc, dźwiga pokaźny bagaż i choć pchnie ją to w przewidywalną stronę - w kierunku żyletki, to dzięki nawet sprawnie poprowadzonym elementom narracji pierwszosobowej i dobrze wyzyskanym kontraście nastoletniość-wewnętrzny mrok, jej dylematy nie sprawiają wrażenia sztucznych. Wtórują jej inne ciekawe postaci. Aki, pustogłowa pięknisia z gatunku cool kids, której spotkanie z wynaturzoną wersją siebie otwiera oczy na własną bezużyteczność. Zaangażowana Shin, której zależy jedynie na Prawdzie przez duże P i nie cofnie się przed niczym, by ją zdobyć (plus w jej biografii, co rzadkie w internetowej twórczości, udało się sensownie wykorzystać motyw gwałtu). Nawet gadający kot Dusty jest w dużym stopniu niesztampowy. Zaletą są też wrogowie. Yamiko to nieco standardowe doppelgangery zrodzone z mrocznej strony ludzkiej natury, ale też wyjątkowo dzikie i pragnące tylko torturować, gwałcić i zabijać, najlepiej bliskich i ukochanych (bo na nich często skupiają się ukrywane mroczne popędy). Ich twórcy i przełożeni z wykrzywionej, zrujnowanej wersji Tokio (Złe Zaświaty są tu zresztą bardzo przyziemne - na tyle, że potrzebują  trywialnych elektrowni czy prac biurowych), choć ukazani na wzór Sailor Moon, mają swoje momenty. Głownie w postaci Cobalta, jednego z generałów nazwanych od gazów szlachetnych, w którego wątku pojawia się między innymi pytanie, czy da się zbudować cywilizację na bazie istot, które pragną jedynie zabijać dla zabawy. I którego przemyślenia to ciekawe stanowisko Złego, który nie znajduje sobie miejsca ani wśród Złych, ani na Ziemi. Intryguje też krytyka różnych postaw i elementów życia nastolatków. Zajadła na przykład w równaniu z błotem kultury różowych, pustogłowych lalek (to chyba najlepszy motyw), drapieżnego marketingu za pomocą popkultury, czy też uniformizującej wszystko szkoły. Domorosłego filozofowania jest zresztą sporo i o dziwo, samo w sobie rzadko jest słabe. Ostatnią z najbardziej widocznych zalet jest eksperymentalny charakter "powieści". Każdy z jedenastu odcinków czymś się wyróżnia. Czasem wprowadzany jest motyw przewodni, jak choćby (zaskakująco nie-pretensjonalne i uzasadnione) osnucie jednego wokół Biblii samurajskich nacjonalistów Hagakure, czy innego wokół maksym o cechach dzieci rodzących się w danym dniu tygodnia. Kiedy indziej autor wprowadza zamieszanie w narracji. Jak nagłe skakanie pomiędzy narratorami, szybkie zmiany miejsca akcji i perspektywy, zapis w formie scenariusza,  raportu policyjnego lub szkicu artykułu, czy przechodzenie od trzeciej do pierwszej osoby. Jest też odcinek złożony z czterech oddzielnych i wysoce odmiennych epizodów, które można czytać w losowej kolejności; a także halucynacyjna mieszanka emocji, snów i faktów, bez logicznej kolejności zdarzeń - wyjaśniona w następnym rozdziale już za pomocą standardowej narracji i retrospekcji. Szczytem jest  przedstawienie jednej z części za pomocą pokazu okraszony podpisami slajdów... graficznie nawiązujących do japońskich gier RPG z lat osiemdziesiątych. Próby swoistej intertekstualności są niewątpliwie najbardziej frapującym elementem Sailor Nothing.

Wyżej wymienione i niewątpliwe zalety mogą zmylić. Wytworzyć przekonanie, że mamy do czynienia z mistrzowskim przetworzeniem gatunku magical girls w coś mrocznego i poważnego. Niestety, błędne. Bo Sailor Nothing ma też zatrzęsienie wad, z których część może odrzucić czytelnika równie skutecznie, co Raid muchy i komary. Podstawową jest sinusoidalna jakość samego pisania. Raz mamy do czynienia z dopracowaną narracją, błyskotliwymi wręcz zdaniami, bogatym językiem i siecią nawiązań; by zaraz stoczyć się w otchłań fuszerki rodem z przeciętnego fan fiction (autor zresztą tak zaczynał). Najbardziej denerwujące skłonności to chociażby wtrącanie słów NAPISANYCH kapitałkami dla emfazy, nadmierne powtarzanie niektórych określeń czy dużo pustej gadaniny nie wpływającej na fabułę i interesującej tylko autora. Nie mówię już o potencjale Mary Sue, jakim epatuje postać Himei - często udaje się to stonować, ale nie zawsze i dla niektórych będzie to nieznośne. Największą jednak wadą jest schrzanienie fabuły z potencjałem. Do połowy mamy do czynienia z naprawdę interesującym tekstem, a potem nagle wszystko się sypie. I to przez schematy gatunku, który tekst miał wprowadzić na inne tory. Nagle całość zostaje zdominowana przez wątki miłosne (a wybranek Himei jest prawdziwym księciem z bajki) i coraz trywialniejsze przemowy o znaczeniu przyjaźni oraz demonstracje  dylematów i wątpliwości godne tylko emo (co zgrzyta zwłaszcza dlatego, że dzieło miało być 18+, a dorosły czytelnik w takiej paplaninie nie znajdzie wiele). Intrygi dotychczas nieźle nakreślonych Złych robią się bezsensowne, by na końcu charaktery antagonistów poszły w odstawkę dla taniego zwrotu akcji. Plus naiwne uproszenia - by nie spoilować za bardzo, przytoczę tylko przykład, że nastolatki znajdują klucz do tajemnicy sprzed setek lat i sensu istnienia Yamiko poprzez... wertowanie zbiorów szkolnej biblioteki.  Za to niewykorzystane pozostają ciekawe tropy - choćby korporacja specjalizująca się w produkcji anime o magicznych wojowniczkach i różowych gadżetów o idiotycznych nazwach, która przewijała się od początku i wydawała mieć znaczenie dla fabuły, całkowicie znika. Finał jest zaś A) poprowadzony zbyt szybko B) bazujący na tanim dramatyzmie C) z happy endem tak płaskim i odstającym od reszty, że aż boli. Ergo, niesatysfakcjonujący i ciągnący całość w dół. Nie powiem, że interesujących rozwiązań nie ma w drugiej połowie, bo są (choćby wspomniany odcinek "halucynacyjny'), ale coś, co miało być kontrastowe wobec estetyki, którą wzięło za punkt wyjścia, staje się nagle jej dokładnym, tylko nieco krwawszym i dosadniejszym odbiciem.

Aha, i biały tekst na czarnym tle zawsze niepomiernie ssie. Głowa rozbolała mnie po kilku minutach.

Choć Sailor Nothing jest dobrze wspominane, nie jest to dziełko ultrapopularne nawet w środowisku. fanowskim. Najłatwiej trafić na nie za pośrednictwem niezastąpionych Tv Tropes (jak na cokolwiek, co zaskarbiło sobie uznanie chociażby malutkiej grupki nerdów), gdzie udziela się  trochę aktywnych fanów. Czy warto poczytać? Na pewno jest to interesujący eksperyment, choć krąg odbiorców zawężający do minimum, ale obarczony tyloma wadami, że łatwo uznać przebrnięcie przez tyle znaków za zmarnowany czas. Jest też nieco za bardzo w charakterystycznym stylu fan fiction, żeby osoby nie tolerujące takowego (np. ja, jeśli już przy tym jesteśmy) mogły komfortowo poczytać - choć wiedza o "materiale źródłowym" w tym przypadku potrzebna jest tylko minimalna, a nawet szczątkowa. Więc sięgamy na własne ryzyko. Niemniej, warto zobaczyć, że już w 2000 roku powstało coś zbliżonego do hołubionej dziś Puella Magi Madoka Magica, a jednocześnie radośnie (czyli w zamyśle okrutnie) wykrzywiającego prekursorską w naszym kraju ikonę dziewczęcego anime. I pewnej dozy talentu w kreacji czegoś takiego nie można twórcy odmówić.

Stefan Gagne napisał zaś potem jeszcze dwie powieści sieciowe, z czego Anachronauts,  nietypowe fantasy na co najmniej pięć tomów (dostępne także w formie książkowej) wydaje się na tyle interesujące, że można się pokusić o lekturę.

Brak komentarzy: